HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA UNII TARNÓW WIDZIANA OCZAMI JzK. - część 1.
Zielone W DZIALE "Tarnowska Piłka" zainspirował mnie do ponownego sięgnięcia po materiały dotyczące historii sekcji piłki nożnej.
Bardzo ciekawe i jakże pracochłonne dzieło Pana Jarosława Mirka "Jaskółki z Mościc" obejmuje okres działalności głównie sekcji piłki nożnej w latach 1928 - 1958. Jestem wdzięczny autorowi, że wykorzystał w opracowaniu także i moje skromne materiały.
Postaram się odtworzyć atmosferę historycznego występu Jaskółek w II lidze w 1959r., czyli dalsze losy piłkarzy. Jak już niegdyś pisałem, to do opisu wskazanego okresu wykorzystałem pożółkłe karteluszki sporządzone przez osobę /y/, której /ym/ nadałem miana m.in.: "Praszczur", "Pan Janek", "Kuzyn" - wiele lat później zacząłem ich naśladować i już sam prywatnie opisywałem piłkarskie zmagania, jak się to mówi "do szuflady". Dzięki mediom społecznościowym nieoczekiwanie przybrało to postać pomeczowych, pisanych na luzie i w porywach umysłu sprawozdań na łamach obecnego forum.
Co do roku 1959 uwzględniałem także wspomnienia prof. St. Kowala i starych Kibiców, których nazwisk nie jestem już w stanie nawet odtworzyć. Były też wycinki prasowe - nie jestem w stanie podać tytułów redakcji, ale na pewno były wśród nich: "Tempo", Dziennik Polski", "Gazeta Krakowska". Były też "Tarnowskie Azoty", w których ostatnia strona poswięcona była wyłącznie zawodnikom spod znaku "Jaskółki'. Rej wodził redaktor Roman Osuch, którego syn w póżniejszym okresie też posmakował piłki na II ligowym /obecnie I liga/ poziomie. Reszta to moje emocje, wyobrażenia itd. Oczywiście to subiektywnie widziana historia, więc zapewne nie wolna od błędów i braków ...
Zielone W DZIALE "Tarnowska Piłka" zainspirował mnie do ponownego sięgnięcia po materiały dotyczące historii sekcji piłki nożnej.
Bardzo ciekawe i jakże pracochłonne dzieło Pana Jarosława Mirka "Jaskółki z Mościc" obejmuje okres działalności głównie sekcji piłki nożnej w latach 1928 - 1958. Jestem wdzięczny autorowi, że wykorzystał w opracowaniu także i moje skromne materiały.
Postaram się odtworzyć atmosferę historycznego występu Jaskółek w II lidze w 1959r., czyli dalsze losy piłkarzy. Jak już niegdyś pisałem, to do opisu wskazanego okresu wykorzystałem pożółkłe karteluszki sporządzone przez osobę /y/, której /ym/ nadałem miana m.in.: "Praszczur", "Pan Janek", "Kuzyn" - wiele lat później zacząłem ich naśladować i już sam prywatnie opisywałem piłkarskie zmagania, jak się to mówi "do szuflady". Dzięki mediom społecznościowym nieoczekiwanie przybrało to postać pomeczowych, pisanych na luzie i w porywach umysłu sprawozdań na łamach obecnego forum.
Co do roku 1959 uwzględniałem także wspomnienia prof. St. Kowala i starych Kibiców, których nazwisk nie jestem już w stanie nawet odtworzyć. Były też wycinki prasowe - nie jestem w stanie podać tytułów redakcji, ale na pewno były wśród nich: "Tempo", Dziennik Polski", "Gazeta Krakowska". Były też "Tarnowskie Azoty", w których ostatnia strona poswięcona była wyłącznie zawodnikom spod znaku "Jaskółki'. Rej wodził redaktor Roman Osuch, którego syn w póżniejszym okresie też posmakował piłki na II ligowym /obecnie I liga/ poziomie. Reszta to moje emocje, wyobrażenia itd. Oczywiście to subiektywnie widziana historia, więc zapewne nie wolna od błędów i braków ...
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - cz. 2.
SEZON 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
1 Kolejka: UNIA TARNÓW - UNIA RACIBÓRZ
Na polu jest jeszcze zimno, ale wśród kibiców temperatura sięgała zenitu. Zapamiętałem anegdotkę z tego meczu - oto niektórym kibicom Jaskółek, tym co bardziej zaGORZAŁYm biła na odległość para z ust. Czujni stróże prawa wyrozumiale interpretowali to jako naturalny objaw występujący przy niskich temperaturach.
Wszyscy są podekscytowani, atmosfera sportowego święta udziela się każdemu. Na ten dzień czekano prawie 31 lat !.
Szum na stadionie rośnie, coraz szybciej, niczym nadchodzące tsunami, przemienia się w jeden wielki ryk 5 tysięcy gardeł /!!!/: "Unia, Unia" !. Nie może być inaczej, na boisko wybiega jedenastu Unistów, którzy podejmą rękawicę rzuconą im przez wytrawnego rywala.
Kibice wypatrują, kto będzie bronił barw gospodarzy.
Ci, od pary, radują się niepomiernie, jako że dokładnie widzą hasającego po murawie Antoniego Barwińskiego. Niestety, ale to było tylko pokłosie "pary".
A. Barwiński pomógł zespołowi w barażach o II ligę, ale w 1959 r., w II lidze, biało - niebieskiego trykotu już nie przywdział. Szkoda, bo to była /i jest/ wielka postać tarnowskiego sportu. 17 - to krotny reprezentant Kraju, przypisany do obrony, Grał w ekstraklasie w barwach Tarnovii. W 1955r. pojawił się na stadionie Unii, już jako nasz reprezentant. Tu odgrzebuję z pamięci kolejną anegdotkę. "Praszczur", który pozostawał od zarania wiernym kibicem Biało - Niebieskich nie mógł za bardzo strawić tego, że silnym punktem drużyny stał się gracz było nie było, ale słusznie mocno kojarzony z Tovią. Ponoć do końca gry tego wspaniałego piłkarza w Unii, powtarzał w kółko podczas meczów: "ale ten obrońca jest łudząco podobny do Barwińskiego". Niestety Pan Antoni do drugoligowej rywalizacji już nie przystąpił.
Na rozgrzewkę wybiegli: Władysław Czekanowski, Zbigniew Tyliszczak, Stanisław Białas, Mariusz Kuciewicz, Reinhold Guzy, Ryszard Nowak, Alojzy Witek, Wiesław Rusinek /faktycznie to nazwisko brzmiało Rusin/, Kazimierz Czarnecki, Rufin Dubiel oraz Ryszard Spodzieja !.
Naprzeciw naszej armady stanął zespół, który z mozołem budował swój znakomity wizerunek. W Raciborzu przyjęto jako zasadniczy kierunek szkolenie młodzieży.
Zapału i talentów tam nie zabrakło. Juniorzy Unii Racibórz w
1954 i 1956 r. zdobywali mistrzostwo Polski !. W zespołach tych aż roiło się od Zygfrydów, Hubertów, Lotharów, Reinholdów, Kurtów czy Manfredów. Na Śląsku rzecz naturalna, ale w ocenie ówczesnych krajowych decydentów, wśród których przewaga należała zapewne do Władków, Marianów czy Józków, cała sprawa z Manfredami wyglądała na nieco delikatną, wymagającą czujności oraz przezorności. Nie zapominajmy, to był rok 1959.
Wielu z tych utalentowanych chłopców z Raciborza miało papiery na grę w reprezentacji kraju, ale ponoć nigdy tych barw nie przywdziali, bo decydenci obawiali się, że wspomniani zawodnicy zagraniczne tournee odbędą tylko w jednym kierunku.
Do wyjątków należał wielce utalentowany Ginter Lazar, który doczekał się powołań do kadry narodowej juniorów. To nazwisko warto zapamiętać - upodobał sobie i pokochał Jaskółki do tego stopnia, że rzadko kiedy nie strzelał nam gola !. Oj, co to był za błyskotliwy strzelec, w latach 60 - tych dwukrotnie zdobywał najwięcej goli w II lidze, a w czasie późniejszych występów na boiskach ekstraklasy strzelił ich bodajże ponad 20 - cia.
Niestety, ale już od kilku lat nie żyje. To jedna z ikon Unii Racibórz.
Poza tym /to moja wersja/ to właśnie dzięki grze w II lidze w towarzystwie Unii, wielu piłkarzy z Raciborza wybiło się na szczyty polskiej piłki, jak choćby świetny, reprezentacyjny bramkarz, złoty medalista olimpijski z Monachium - Hubert Kostka, kojarzony bardziej z późniejszych występów w zabrzańskim Górniku. Niewielu także wie, że były szkoleniowiec kadry /i było nie było Wieczystej/- Franciszek Smuda był również wychowankiem Unii Racibórz i występował w jej barwach w latach 60 - tych, głównie na pozycji obrońcy.
Kiedy zawodnicy z Raciborza wybiegali na stadion Jaskółek pewnie niewielu przewidywało, że nasi rywale już wkrótce, bo w sezonie 1962/ 1963, wywalczą awans do ekstraklasy !. Wówczas to na koniec II ligii tylko Szombierki
Bytom okazały się lepsze od Unii Racibórz, ale do I ligii awansowały wtedy dwa zespoły. W pokonanym polu Raciborzanie pozostawili wówczas m.in. Cracovię, Śląsk Wrocław, Polonię Bytom, czy też zespół Bałtyku Gdynia. Takich to rywali los wyznaczył Unii na historyczną inaugurację !!!> Czujecie to ?! - ogień Panie, Panowie - ogień !. Para z ust
Na szczęście piłkarze Jaskółek nie byli jasnowidzami, nie przewidzieli przyszłych losów rywali i do meczu przystąpili bez żadnych kompleksów. Mam z tego spotkania odręczne, lakoniczne zapiski poczynione przez "Praszczura".
Uniści zagrali ambitnie i z zaciekłością. Pewnie, że były mankamenty, jak choćby za dużo akcji wyprowadzanych środkiem boiska, ale beniaminek miał prawo do frycowego. Presja publiczności był olbrzymia, więc i również nerwy niekiedy nie pozwalały na spokojne wykończenie akcji.
Jednocześnie Jaskółki miały niebywałego pecha. Podobno kilkakrotnie /!!!/ piłka trafiała bądź w poprzeczkę, bądź w słupek. W ten sposób bramkę gości "ostemplowali" m.in. Spodzieja i Rusinek. Ten drugi oddał piękny strzał w momencie, kiedy był brany "w kleszcze" przez dwójkę obrońców i kiedy wydawało się, że nasz napastnik winien myśleć jedynie o tym, jak utrzymać się na nogach, a nie jak oddać groźny strzał. Efekt zaskoczenia został osiągnięty, ale piłka niestety "zatrzymała" się na słupku, a na dobitkę nie zdążył operujący w pobliżu bramki Spodzieja.
Wszystko, co potrzebne do pięknego widowiska jednak było: i liczna publika i liczne akcje i sytuacje
podbramkowe i dramaturgia, ale nie było tego najważniejszego, a mianowicie gola !!!.
A czas niemiłosiernie uciekał:
- 60 - ta minuta 0:0,
70 -ta minuta, nadal wynik 0 : 0,
80 -ta minuta, bez zmian.
Nawet najwytrwalsi zaczęli wątpić w zwycięstwo.
Ale nie ON !!!. W 85 minucie, nie mając już nic do stracenia, postanowił pójść na samotny przebój. Skąd wykrzesał jeszcze siły, by nie dać się powalić i zatrzymać twardo interweniującej obronie Raciborzan, tego nie wie nikt. Swoją indywidualną akcję zakończył niesamowitym, w zasadzie nie do obrony uderzeniem !. Piłka wpadła do siatki !!!.
On zaś wpadł w ramiona szalejących z radości kolegów. Po chwili z tego tumultu ciał wyłonił się nieco przytłamszony, ale jakże szczęśliwy Wiesław RUSINEK, zdobywca pierwszego historycznego gola dla Unii w II lidze !!!.
Unia Tarnów pokonała w równie historycznym meczu Unię Racibórz 1: 0 !!!. Cudownie zaczęła się ta liga dla naszych Jaskółek !!!.
Oczywiście krótka notka należy się i Rusinkowi. Przyszedł do Unii z Dąbskiego Kraków. To jeden z tych piłkarzy, których nazwisko powinno być wyryte w Alei Sław Unii. Potem miał epizod w Hutniku, by w latach 1963-1967 stać się łowcą goli w barwach Wisły Kraków. W meczach ligowych zdobył dla nich ponad 30 bramek. Był świetnym graczem, dryblerem, ale nie uchroniło Go to w Wiśle od dyskwalifikacji za naruszanie dyscypliny.
Kończył karierę w Stali Mielec.
W pozostałych meczach pierwszej kolejki padły następujące rozstrzygnięcia: Wawel Kraków - Walter Rzeszów 2:0, Stal Sosnowiec - Stal Rzeszów 3 :0, Stal Mielec - Naprzód Lipiny 1:1, Piast Gliwice - Legia Krosno 4:1, Szombierki Bytom - Concordia Piotrków Trybunalski 1:1.
SEZON 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
1 Kolejka: UNIA TARNÓW - UNIA RACIBÓRZ
Na polu jest jeszcze zimno, ale wśród kibiców temperatura sięgała zenitu. Zapamiętałem anegdotkę z tego meczu - oto niektórym kibicom Jaskółek, tym co bardziej zaGORZAŁYm biła na odległość para z ust. Czujni stróże prawa wyrozumiale interpretowali to jako naturalny objaw występujący przy niskich temperaturach.
Wszyscy są podekscytowani, atmosfera sportowego święta udziela się każdemu. Na ten dzień czekano prawie 31 lat !.
Szum na stadionie rośnie, coraz szybciej, niczym nadchodzące tsunami, przemienia się w jeden wielki ryk 5 tysięcy gardeł /!!!/: "Unia, Unia" !. Nie może być inaczej, na boisko wybiega jedenastu Unistów, którzy podejmą rękawicę rzuconą im przez wytrawnego rywala.
Kibice wypatrują, kto będzie bronił barw gospodarzy.
Ci, od pary, radują się niepomiernie, jako że dokładnie widzą hasającego po murawie Antoniego Barwińskiego. Niestety, ale to było tylko pokłosie "pary".
A. Barwiński pomógł zespołowi w barażach o II ligę, ale w 1959 r., w II lidze, biało - niebieskiego trykotu już nie przywdział. Szkoda, bo to była /i jest/ wielka postać tarnowskiego sportu. 17 - to krotny reprezentant Kraju, przypisany do obrony, Grał w ekstraklasie w barwach Tarnovii. W 1955r. pojawił się na stadionie Unii, już jako nasz reprezentant. Tu odgrzebuję z pamięci kolejną anegdotkę. "Praszczur", który pozostawał od zarania wiernym kibicem Biało - Niebieskich nie mógł za bardzo strawić tego, że silnym punktem drużyny stał się gracz było nie było, ale słusznie mocno kojarzony z Tovią. Ponoć do końca gry tego wspaniałego piłkarza w Unii, powtarzał w kółko podczas meczów: "ale ten obrońca jest łudząco podobny do Barwińskiego". Niestety Pan Antoni do drugoligowej rywalizacji już nie przystąpił.
Na rozgrzewkę wybiegli: Władysław Czekanowski, Zbigniew Tyliszczak, Stanisław Białas, Mariusz Kuciewicz, Reinhold Guzy, Ryszard Nowak, Alojzy Witek, Wiesław Rusinek /faktycznie to nazwisko brzmiało Rusin/, Kazimierz Czarnecki, Rufin Dubiel oraz Ryszard Spodzieja !.
Naprzeciw naszej armady stanął zespół, który z mozołem budował swój znakomity wizerunek. W Raciborzu przyjęto jako zasadniczy kierunek szkolenie młodzieży.
Zapału i talentów tam nie zabrakło. Juniorzy Unii Racibórz w
1954 i 1956 r. zdobywali mistrzostwo Polski !. W zespołach tych aż roiło się od Zygfrydów, Hubertów, Lotharów, Reinholdów, Kurtów czy Manfredów. Na Śląsku rzecz naturalna, ale w ocenie ówczesnych krajowych decydentów, wśród których przewaga należała zapewne do Władków, Marianów czy Józków, cała sprawa z Manfredami wyglądała na nieco delikatną, wymagającą czujności oraz przezorności. Nie zapominajmy, to był rok 1959.
Wielu z tych utalentowanych chłopców z Raciborza miało papiery na grę w reprezentacji kraju, ale ponoć nigdy tych barw nie przywdziali, bo decydenci obawiali się, że wspomniani zawodnicy zagraniczne tournee odbędą tylko w jednym kierunku.
Do wyjątków należał wielce utalentowany Ginter Lazar, który doczekał się powołań do kadry narodowej juniorów. To nazwisko warto zapamiętać - upodobał sobie i pokochał Jaskółki do tego stopnia, że rzadko kiedy nie strzelał nam gola !. Oj, co to był za błyskotliwy strzelec, w latach 60 - tych dwukrotnie zdobywał najwięcej goli w II lidze, a w czasie późniejszych występów na boiskach ekstraklasy strzelił ich bodajże ponad 20 - cia.
Niestety, ale już od kilku lat nie żyje. To jedna z ikon Unii Racibórz.
Poza tym /to moja wersja/ to właśnie dzięki grze w II lidze w towarzystwie Unii, wielu piłkarzy z Raciborza wybiło się na szczyty polskiej piłki, jak choćby świetny, reprezentacyjny bramkarz, złoty medalista olimpijski z Monachium - Hubert Kostka, kojarzony bardziej z późniejszych występów w zabrzańskim Górniku. Niewielu także wie, że były szkoleniowiec kadry /i było nie było Wieczystej/- Franciszek Smuda był również wychowankiem Unii Racibórz i występował w jej barwach w latach 60 - tych, głównie na pozycji obrońcy.
Kiedy zawodnicy z Raciborza wybiegali na stadion Jaskółek pewnie niewielu przewidywało, że nasi rywale już wkrótce, bo w sezonie 1962/ 1963, wywalczą awans do ekstraklasy !. Wówczas to na koniec II ligii tylko Szombierki
Bytom okazały się lepsze od Unii Racibórz, ale do I ligii awansowały wtedy dwa zespoły. W pokonanym polu Raciborzanie pozostawili wówczas m.in. Cracovię, Śląsk Wrocław, Polonię Bytom, czy też zespół Bałtyku Gdynia. Takich to rywali los wyznaczył Unii na historyczną inaugurację !!!> Czujecie to ?! - ogień Panie, Panowie - ogień !. Para z ust
Na szczęście piłkarze Jaskółek nie byli jasnowidzami, nie przewidzieli przyszłych losów rywali i do meczu przystąpili bez żadnych kompleksów. Mam z tego spotkania odręczne, lakoniczne zapiski poczynione przez "Praszczura".
Uniści zagrali ambitnie i z zaciekłością. Pewnie, że były mankamenty, jak choćby za dużo akcji wyprowadzanych środkiem boiska, ale beniaminek miał prawo do frycowego. Presja publiczności był olbrzymia, więc i również nerwy niekiedy nie pozwalały na spokojne wykończenie akcji.
Jednocześnie Jaskółki miały niebywałego pecha. Podobno kilkakrotnie /!!!/ piłka trafiała bądź w poprzeczkę, bądź w słupek. W ten sposób bramkę gości "ostemplowali" m.in. Spodzieja i Rusinek. Ten drugi oddał piękny strzał w momencie, kiedy był brany "w kleszcze" przez dwójkę obrońców i kiedy wydawało się, że nasz napastnik winien myśleć jedynie o tym, jak utrzymać się na nogach, a nie jak oddać groźny strzał. Efekt zaskoczenia został osiągnięty, ale piłka niestety "zatrzymała" się na słupku, a na dobitkę nie zdążył operujący w pobliżu bramki Spodzieja.
Wszystko, co potrzebne do pięknego widowiska jednak było: i liczna publika i liczne akcje i sytuacje
podbramkowe i dramaturgia, ale nie było tego najważniejszego, a mianowicie gola !!!.
A czas niemiłosiernie uciekał:
- 60 - ta minuta 0:0,
70 -ta minuta, nadal wynik 0 : 0,
80 -ta minuta, bez zmian.
Nawet najwytrwalsi zaczęli wątpić w zwycięstwo.
Ale nie ON !!!. W 85 minucie, nie mając już nic do stracenia, postanowił pójść na samotny przebój. Skąd wykrzesał jeszcze siły, by nie dać się powalić i zatrzymać twardo interweniującej obronie Raciborzan, tego nie wie nikt. Swoją indywidualną akcję zakończył niesamowitym, w zasadzie nie do obrony uderzeniem !. Piłka wpadła do siatki !!!.
On zaś wpadł w ramiona szalejących z radości kolegów. Po chwili z tego tumultu ciał wyłonił się nieco przytłamszony, ale jakże szczęśliwy Wiesław RUSINEK, zdobywca pierwszego historycznego gola dla Unii w II lidze !!!.
Unia Tarnów pokonała w równie historycznym meczu Unię Racibórz 1: 0 !!!. Cudownie zaczęła się ta liga dla naszych Jaskółek !!!.
Oczywiście krótka notka należy się i Rusinkowi. Przyszedł do Unii z Dąbskiego Kraków. To jeden z tych piłkarzy, których nazwisko powinno być wyryte w Alei Sław Unii. Potem miał epizod w Hutniku, by w latach 1963-1967 stać się łowcą goli w barwach Wisły Kraków. W meczach ligowych zdobył dla nich ponad 30 bramek. Był świetnym graczem, dryblerem, ale nie uchroniło Go to w Wiśle od dyskwalifikacji za naruszanie dyscypliny.
Kończył karierę w Stali Mielec.
W pozostałych meczach pierwszej kolejki padły następujące rozstrzygnięcia: Wawel Kraków - Walter Rzeszów 2:0, Stal Sosnowiec - Stal Rzeszów 3 :0, Stal Mielec - Naprzód Lipiny 1:1, Piast Gliwice - Legia Krosno 4:1, Szombierki Bytom - Concordia Piotrków Trybunalski 1:1.
Ostatnio zmieniony 07 sty 2023, 18:49 przez Jaskółka z KRK, łącznie zmieniany 3 razy.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - cz. 3.
SEZON 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
Zanim przejdziemy do kolejnego występu Jaskółek warto na moment zatrzymać się przy osobie ówczesnego Trenera Unii.
Zwał się Czesław, Michał Skoraczyński /w zasadzie to pierwotnie nazywał się Bereza/. Nawet w notkach "Praszczura" nie znalazłem śladu pogłębionej informacji o Jego wojennych dokonaniach. To tylko świadczy o tym, że nawet fanatyczni kibice Unii znali Go jedynie od sportowej strony. Owszem, wiedziano że był znanym trenerem piłkarskim, wszak w 1958 r. prowadził I - ligową Cracovię, a wcześniej wraz z Graczem, krakowską Wisłę. Większe sukcesy były jednak dopiero przed nim, jako że w 1966 r. zdobył wicemistrzostwo Polski z krakowską Wisłą. To było w okresie, kiedy już samodzielnie trenował ten klub /do 1967r./.
Ale nie to przecież stanowiło o wyjątkowości tego człowieka, a już na pewno nie wyczerpywało Jego życiorysu. Co więc skrywała Jego biografia ?. Nieco więcej wiedział o Nim prof. St. Kowal i ... moja Mama, która pochodziła z rodzinnych stron Trenera Skoraczyńskiego. Znała Go, ale to nie była jakaś zażyła znajomość. Otóż w tamtych czasach nie było w zwyczaju szerzej podkreślać, że ktoś urodził się na ziemiach należących niegdyś do Polski, konkretnie we Lwowie. Takie osoby miały w swoich dowodach wpisane jako miejsce urodzenia ZSRR /Związek Socjalistycznych
Republik Radzieckich/. A właśnie Czesław Skoraczyński był rodowitym Lwowiakiem, a na dodatek zawodnikiem legendarnej Pogonii Lwów /od wieku juniora aż do 1939r. jako obrońca/. Zresztą specjalizował się nie tylko w piłce nożnej, ale widziano Go też w
hokejowym towarzystwie. W czasie wojny był członkiem polskiego ruchu oporu /wojenny pseudonimem "Bereza"/ i za to dosięgła Go ręka gestapo. Przeżył gehennę obozów koncentracyjnych w Majdanku, Gross Rosen i Flossenbürgu !.
Po wojnie znalazł się w Krakowie, jak wielu innych polskich tułaczy. Wszystko to spisał w swojej książce "Żywe numery" i pewnie mocno przeżywał fakt, że skutecznie zablokowano jej wydanie za Jego życia.
Wydano ją dopiero po Jego śmierci, czyli po 1982 r. /zmarł w Krakowie/.
Ci, którzy Go znali, wspominają pełnego optymizmu i radości życia człowieka. I wypada tylko napisać po raz kolejny: takich ludzi "miała" Unia Tarnów.
SEZON 1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
Zanim przejdziemy do kolejnego występu Jaskółek warto na moment zatrzymać się przy osobie ówczesnego Trenera Unii.
Zwał się Czesław, Michał Skoraczyński /w zasadzie to pierwotnie nazywał się Bereza/. Nawet w notkach "Praszczura" nie znalazłem śladu pogłębionej informacji o Jego wojennych dokonaniach. To tylko świadczy o tym, że nawet fanatyczni kibice Unii znali Go jedynie od sportowej strony. Owszem, wiedziano że był znanym trenerem piłkarskim, wszak w 1958 r. prowadził I - ligową Cracovię, a wcześniej wraz z Graczem, krakowską Wisłę. Większe sukcesy były jednak dopiero przed nim, jako że w 1966 r. zdobył wicemistrzostwo Polski z krakowską Wisłą. To było w okresie, kiedy już samodzielnie trenował ten klub /do 1967r./.
Ale nie to przecież stanowiło o wyjątkowości tego człowieka, a już na pewno nie wyczerpywało Jego życiorysu. Co więc skrywała Jego biografia ?. Nieco więcej wiedział o Nim prof. St. Kowal i ... moja Mama, która pochodziła z rodzinnych stron Trenera Skoraczyńskiego. Znała Go, ale to nie była jakaś zażyła znajomość. Otóż w tamtych czasach nie było w zwyczaju szerzej podkreślać, że ktoś urodził się na ziemiach należących niegdyś do Polski, konkretnie we Lwowie. Takie osoby miały w swoich dowodach wpisane jako miejsce urodzenia ZSRR /Związek Socjalistycznych
Republik Radzieckich/. A właśnie Czesław Skoraczyński był rodowitym Lwowiakiem, a na dodatek zawodnikiem legendarnej Pogonii Lwów /od wieku juniora aż do 1939r. jako obrońca/. Zresztą specjalizował się nie tylko w piłce nożnej, ale widziano Go też w
hokejowym towarzystwie. W czasie wojny był członkiem polskiego ruchu oporu /wojenny pseudonimem "Bereza"/ i za to dosięgła Go ręka gestapo. Przeżył gehennę obozów koncentracyjnych w Majdanku, Gross Rosen i Flossenbürgu !.
Po wojnie znalazł się w Krakowie, jak wielu innych polskich tułaczy. Wszystko to spisał w swojej książce "Żywe numery" i pewnie mocno przeżywał fakt, że skutecznie zablokowano jej wydanie za Jego życia.
Wydano ją dopiero po Jego śmierci, czyli po 1982 r. /zmarł w Krakowie/.
Ci, którzy Go znali, wspominają pełnego optymizmu i radości życia człowieka. I wypada tylko napisać po raz kolejny: takich ludzi "miała" Unia Tarnów.
Ostatnio zmieniony 07 sty 2023, 20:03 przez Jaskółka z KRK, łącznie zmieniany 2 razy.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - część 4.
1959 r. - II LIGA - 2 Kolejka - WAWEL KRAKÓW - UNIA TARNÓW
Kolejny rywal tarnowskiej Unii był niewątpliwie zespołem po tzw. przejściach. W grodzie Kraka zapomniano już o nieodległych czasach, kiedy to OWKS Kraków należał do wojskowych mocarzy w polskim sporcie. Tłuste lata przypadły zwłaszcza na okres 1948 - 1953 r., a ich apogeum stanowiło zdobycie tytułu wicemistrza kraju w piłce nożnej.
Czasem tak w życiu bywa, że największy sukces szybko przemienia się w największą klęskę.
I tak stało się w przypadku Wawelu. Podobno bezsporne sukcesy tego klubu zaczęły spędzać sen z oczu kierownictwa Centralnego Wojskowego Klubu Sportowego, czyli obecnej Legii Warszawa.
Najlepszym środkiem na odzyskanie spokojnego snu okazała się reorganizacja i de facto ... likwidacja OWKS Kraków !. Warszawa okazała dość specyficzne miłosierdzie dla zbyt hardego konkurenta z prowincji i zgodziła się uczynić z niego... filię CWKS Legia - ot, takie zamorskie terytorium !. Dopiero w 1957 r. powrócono do historycznych korzeni i klub mógł kontynuować działalność znowu jako WKS Wawel Kraków.
W 1959 r. Wawel dysponował solidnym, drugoligowym składem. Jak przystało na klub wojskowy, duży nacisk kładł nie tylko na wynik sportowej rywalizacji, ale też na wpajanie młodym ludziom ogólnie przyjętych wartości i kształtowanie postaw patriotycznych - przynajmniej tak brzmiały okolicznościowe hasła.
Wspominam o tym, albowiem kilka kolejek po meczu Wawelu z Unią, na krakowskim stadionie doszło do próby oceny pracy sędziego bynajmniej nie przez kwalifikatora, ale przez jednego z krewkich kibiców najwyraźniej niezadowolonego z Jego pracy. Na dodatek nie znającego treści przywołanych haseł.
Schodzący do szatni sędzia pewnie ze zdumieniem skonstatował, że ... urosła mu trzecia noga, co jak na warunki konserwatywnego Krakowa wydawało się być nadmierną ekstrawagancją.
Nie wiem, czy sędzia uspokoił skołatane serce, gdy odkrył, że trzecia noga nie należy do niego, ale do miejscowego kibica, który najwyraźniej zmierzał do obalenia arbitra na murawę. Podłożenie nogi sędziemu nie uszło uwadze piłkarzy Wawelu, którzy sprawnie rozplątali obu gentelmenów, po czym jednego z nich /na szczęście nie doszło do pomyłki/, wyprowadzili poza obręb stadionu. W akcji desantowej wyróżnił się bramkarz Pająk, ale kroniki milczą, czy otrzymał za to dodatkową przepustkę.
Mecz Wawel - Unia przyszło oglądnąć 5 tysięcy fanów kopanej. Unia zagrała w składzie: Czekanowski, Tyliszczak, Białas, Palemba, Guzy,Nowak, Witek, Czarnecki, Rusinek, Dubiel, Spodzieja, a to oznaczało tylko jedną zmianę w porównaniu z pierwszym meczem - za Kuciewicza zagrał bardziej doświadczony Palemba.
Gra Unii do przerwy wszystkich zaskoczyła.
Jaskółki wcale nie zamierzały się bronić, czym wprawiły w zakłopotanie wojskowych strategów. Podług wojskowych map i podręczników zespół przyjeżdżający, na dodatek będący beniaminkiem, winien nie wychylać się z okopów. Tymczasem Unia nie tylko nie czaiła się w swoim szańcu, ale nawet przysposabiała się do ostrzału miejscowej bramki.
Na koncie Jaskółek odnotowano wiele składnych, ofensywnych akcji. Swoje szanse na zdobycie gola mieli m.in. Dubiel i Witek, ale ich nie wykorzystali.
W pozostałych przypadkach niezawodnie spisywała się obrona gospodarzy. Jaskółki, mimo że w pierwszej połowie wyraźnie dominowały, nie potrafiły zdyskontować swojej wyższości i po 45 minutach był bezbramkowy remis.
Jeśli ktoś mógł w związku z tym głęboko odetchnąć, to na pewno był to Wawel.
Prawie wszystko zaczyna się i kończy w szatni. Jeśli zachowuje się reguły i przepisy, meczu nie można wygrać przed jego rozpoczęciem. Osobiście jednak uważam, że odwrotna sytuacja jest możliwa - mecz można przegrać w szatni. Z suchej notki "Praszczura" wnoszę, że taka właśnie sytuacja przydarzyła się Unii w Krakowie.
Zespół po przerwie wyraźnie cofnął się i wszystkie swoje siły podporządkował destrukcji.
Nawet nasz supersnajper - Rusinek, otrzymał zadanie wspierania kolegów z defensywy, ale w nowej roli nie czuł się chyba najlepiej. Chyba po latach ktoś to skopiował na ostatnich Mistrzostwach Świata. Niestety, ale była to woda na młyn doświadczonego Wawelu. Nazbyt często pod naszą bramką zaczął dzwonić dzwonek alarmowy, ale nie wyciągnięto z tego wniosków.
Szczególnie wiele do myślenia powinna dać sytuacja z 52 minuty, kiedy to Szola wyszedł na pozycję sam na sam z naszym bramkarzem, ale czujność i refleks Czekanowskiego zapobiegły stracie gola.W 75 minucie nikt już jednak nie obronił Jaskółek przed utratą bramki. Danielowski z zimną krwią wykorzystał chwilę nieuwagi obciążonych ponad miarę obrońców i z bliska wpakował piłkę do naszej siatki !.
Wawel wyszedł na prowadzenie !.
I dopiero wtedy Unia zaczęła grać piłkę, do której była najbardziej predystynowana. Jaskółki rzuciły się do odrabiania strat i do ataku, a rozwój sytuacji potwierdził nasze niemałe w tym elemencie gry możliwości.
W 80 minucie okazało się, że Pająk potrafi nie tylko wyprowadzać niesfornych kibiców ze stadionu, ale umie - i to jak ! - wyprowadzić swój zespół z opałów. Jego obrona potężnego uderzenia Spodzieji była rewelacyjna i skuteczna.
Jeszcze Rusinek spróbował szczęścia strzałem z dalszej odległości, ale piłka minimalnie przeszła obok słupka.
Sędzia zakończył mecz, Unia przegrała 0 : 1. Na pociechę dla pokonanych zostały świetne recenzje.
Opinia mediów i obiektywnych kibiców była jednomyślna - beniaminek zasłużył swoją postawą na remis.
Piłkarze Unii, pomimo porażki, wracali do domu z podniesionymi głowami. Ja mam głowę nieco zwieszoną, bo może gdybym skutki przerobienia rasowego napastnika na obrońcę, a zespołu z inklinacją do gry ofensywnej przestawionego na mocne mechanizmy obronne, opisał przed Mistrzostwami Świata, to kto wie, jak daleko by nasi Chłopcy zaszli ?. W każdym razie w sprawozdaniu PZPN, jako jeden z czynników wpływających na jakość Kadry na MŚ można spokojnie podać opóźnienie w ukazaniu się niniejszego opisu, cdn.
1959 r. - II LIGA - 2 Kolejka - WAWEL KRAKÓW - UNIA TARNÓW
Kolejny rywal tarnowskiej Unii był niewątpliwie zespołem po tzw. przejściach. W grodzie Kraka zapomniano już o nieodległych czasach, kiedy to OWKS Kraków należał do wojskowych mocarzy w polskim sporcie. Tłuste lata przypadły zwłaszcza na okres 1948 - 1953 r., a ich apogeum stanowiło zdobycie tytułu wicemistrza kraju w piłce nożnej.
Czasem tak w życiu bywa, że największy sukces szybko przemienia się w największą klęskę.
I tak stało się w przypadku Wawelu. Podobno bezsporne sukcesy tego klubu zaczęły spędzać sen z oczu kierownictwa Centralnego Wojskowego Klubu Sportowego, czyli obecnej Legii Warszawa.
Najlepszym środkiem na odzyskanie spokojnego snu okazała się reorganizacja i de facto ... likwidacja OWKS Kraków !. Warszawa okazała dość specyficzne miłosierdzie dla zbyt hardego konkurenta z prowincji i zgodziła się uczynić z niego... filię CWKS Legia - ot, takie zamorskie terytorium !. Dopiero w 1957 r. powrócono do historycznych korzeni i klub mógł kontynuować działalność znowu jako WKS Wawel Kraków.
W 1959 r. Wawel dysponował solidnym, drugoligowym składem. Jak przystało na klub wojskowy, duży nacisk kładł nie tylko na wynik sportowej rywalizacji, ale też na wpajanie młodym ludziom ogólnie przyjętych wartości i kształtowanie postaw patriotycznych - przynajmniej tak brzmiały okolicznościowe hasła.
Wspominam o tym, albowiem kilka kolejek po meczu Wawelu z Unią, na krakowskim stadionie doszło do próby oceny pracy sędziego bynajmniej nie przez kwalifikatora, ale przez jednego z krewkich kibiców najwyraźniej niezadowolonego z Jego pracy. Na dodatek nie znającego treści przywołanych haseł.
Schodzący do szatni sędzia pewnie ze zdumieniem skonstatował, że ... urosła mu trzecia noga, co jak na warunki konserwatywnego Krakowa wydawało się być nadmierną ekstrawagancją.
Nie wiem, czy sędzia uspokoił skołatane serce, gdy odkrył, że trzecia noga nie należy do niego, ale do miejscowego kibica, który najwyraźniej zmierzał do obalenia arbitra na murawę. Podłożenie nogi sędziemu nie uszło uwadze piłkarzy Wawelu, którzy sprawnie rozplątali obu gentelmenów, po czym jednego z nich /na szczęście nie doszło do pomyłki/, wyprowadzili poza obręb stadionu. W akcji desantowej wyróżnił się bramkarz Pająk, ale kroniki milczą, czy otrzymał za to dodatkową przepustkę.
Mecz Wawel - Unia przyszło oglądnąć 5 tysięcy fanów kopanej. Unia zagrała w składzie: Czekanowski, Tyliszczak, Białas, Palemba, Guzy,Nowak, Witek, Czarnecki, Rusinek, Dubiel, Spodzieja, a to oznaczało tylko jedną zmianę w porównaniu z pierwszym meczem - za Kuciewicza zagrał bardziej doświadczony Palemba.
Gra Unii do przerwy wszystkich zaskoczyła.
Jaskółki wcale nie zamierzały się bronić, czym wprawiły w zakłopotanie wojskowych strategów. Podług wojskowych map i podręczników zespół przyjeżdżający, na dodatek będący beniaminkiem, winien nie wychylać się z okopów. Tymczasem Unia nie tylko nie czaiła się w swoim szańcu, ale nawet przysposabiała się do ostrzału miejscowej bramki.
Na koncie Jaskółek odnotowano wiele składnych, ofensywnych akcji. Swoje szanse na zdobycie gola mieli m.in. Dubiel i Witek, ale ich nie wykorzystali.
W pozostałych przypadkach niezawodnie spisywała się obrona gospodarzy. Jaskółki, mimo że w pierwszej połowie wyraźnie dominowały, nie potrafiły zdyskontować swojej wyższości i po 45 minutach był bezbramkowy remis.
Jeśli ktoś mógł w związku z tym głęboko odetchnąć, to na pewno był to Wawel.
Prawie wszystko zaczyna się i kończy w szatni. Jeśli zachowuje się reguły i przepisy, meczu nie można wygrać przed jego rozpoczęciem. Osobiście jednak uważam, że odwrotna sytuacja jest możliwa - mecz można przegrać w szatni. Z suchej notki "Praszczura" wnoszę, że taka właśnie sytuacja przydarzyła się Unii w Krakowie.
Zespół po przerwie wyraźnie cofnął się i wszystkie swoje siły podporządkował destrukcji.
Nawet nasz supersnajper - Rusinek, otrzymał zadanie wspierania kolegów z defensywy, ale w nowej roli nie czuł się chyba najlepiej. Chyba po latach ktoś to skopiował na ostatnich Mistrzostwach Świata. Niestety, ale była to woda na młyn doświadczonego Wawelu. Nazbyt często pod naszą bramką zaczął dzwonić dzwonek alarmowy, ale nie wyciągnięto z tego wniosków.
Szczególnie wiele do myślenia powinna dać sytuacja z 52 minuty, kiedy to Szola wyszedł na pozycję sam na sam z naszym bramkarzem, ale czujność i refleks Czekanowskiego zapobiegły stracie gola.W 75 minucie nikt już jednak nie obronił Jaskółek przed utratą bramki. Danielowski z zimną krwią wykorzystał chwilę nieuwagi obciążonych ponad miarę obrońców i z bliska wpakował piłkę do naszej siatki !.
Wawel wyszedł na prowadzenie !.
I dopiero wtedy Unia zaczęła grać piłkę, do której była najbardziej predystynowana. Jaskółki rzuciły się do odrabiania strat i do ataku, a rozwój sytuacji potwierdził nasze niemałe w tym elemencie gry możliwości.
W 80 minucie okazało się, że Pająk potrafi nie tylko wyprowadzać niesfornych kibiców ze stadionu, ale umie - i to jak ! - wyprowadzić swój zespół z opałów. Jego obrona potężnego uderzenia Spodzieji była rewelacyjna i skuteczna.
Jeszcze Rusinek spróbował szczęścia strzałem z dalszej odległości, ale piłka minimalnie przeszła obok słupka.
Sędzia zakończył mecz, Unia przegrała 0 : 1. Na pociechę dla pokonanych zostały świetne recenzje.
Opinia mediów i obiektywnych kibiców była jednomyślna - beniaminek zasłużył swoją postawą na remis.
Piłkarze Unii, pomimo porażki, wracali do domu z podniesionymi głowami. Ja mam głowę nieco zwieszoną, bo może gdybym skutki przerobienia rasowego napastnika na obrońcę, a zespołu z inklinacją do gry ofensywnej przestawionego na mocne mechanizmy obronne, opisał przed Mistrzostwami Świata, to kto wie, jak daleko by nasi Chłopcy zaszli ?. W każdym razie w sprawozdaniu PZPN, jako jeden z czynników wpływających na jakość Kadry na MŚ można spokojnie podać opóźnienie w ukazaniu się niniejszego opisu, cdn.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - część 5.
PRZERWA W ROZGRYWKACH.
MECZ TOWARZYSKI: UNIA - FC STADLAU WIEDEŃ
Krótką przerwę w rozgrywkach II ligii Unia spożytkowała na towarzyskie spotkanie z austriackim zespołem FC Stadlau Wiedeń. Co bardziej światowi kibice mówili, że Unia zagra z FC Stadlau Wien. Dla mniej światowych dodam, że to jedno i to samo.
W każdym razie 30 marca 1959 r. Jaskółki podejmowały na własnym stadionie zespół, z którego wywodził się w przeszłości m.in. wielokrotny reprezentant Austrii, brązowy medalista Mistrzostw Europy z 1954 r. - Ernst Ocwirk, późniejszy trener m.in FC Koeln, czy Admiry. Obecnie Stadlau stanowi m.in. młodzieżowe zaplecze dla klubu FK Austria. Ot tak, od niechcenia dodam: chodzi rzecz jasna o FK Austria Wien.
Przyjazd Austriaków do Tarnowa robił wrażenie. Robił je ... do pierwszego gwizdka sędziego. Póżniej Jaskółki rozniosły gości 6 :1 !.
Niestety, ale nie zachowały mi się nazwiska zdobywców bramek, pewnie z uwagi na ich liczbę, nie nadążano z ich odnotowywaniem.
Także w kronikach Stadlau na próżno szukać tego meczu, z bliżej nieznanych powodów nie jest on eksponowany w historii tego klubu.
Unia pokazała w tym spotkaniu iście husarską fantazję, więc i pewnie Austriacy wyjeżdżali od nas z niewzruszonym przekonaniem, że Jan Sobieski wywodził się z Tarnowa. Gdyby wiedzieli, że jeszcze i Bem był stąd rodem, to wygrana byłaby jeszcze bardziej okazała. Zagadką dla kibiców było, czemu tak przeciętny zespół zdecydował się na przyjazd z Wiednia do naszego miasta. "Praszczur" spekulował, że może na zakupy na Burku /tak sobie myślę, że mogło coś być na rzeczy, bo z notatki "Praszczura" wynika, że w tym czasie na kramach zabrakło Jego ulubionej kapusty/...
PRZERWA W ROZGRYWKACH.
MECZ TOWARZYSKI: UNIA - FC STADLAU WIEDEŃ
Krótką przerwę w rozgrywkach II ligii Unia spożytkowała na towarzyskie spotkanie z austriackim zespołem FC Stadlau Wiedeń. Co bardziej światowi kibice mówili, że Unia zagra z FC Stadlau Wien. Dla mniej światowych dodam, że to jedno i to samo.
W każdym razie 30 marca 1959 r. Jaskółki podejmowały na własnym stadionie zespół, z którego wywodził się w przeszłości m.in. wielokrotny reprezentant Austrii, brązowy medalista Mistrzostw Europy z 1954 r. - Ernst Ocwirk, późniejszy trener m.in FC Koeln, czy Admiry. Obecnie Stadlau stanowi m.in. młodzieżowe zaplecze dla klubu FK Austria. Ot tak, od niechcenia dodam: chodzi rzecz jasna o FK Austria Wien.
Przyjazd Austriaków do Tarnowa robił wrażenie. Robił je ... do pierwszego gwizdka sędziego. Póżniej Jaskółki rozniosły gości 6 :1 !.
Niestety, ale nie zachowały mi się nazwiska zdobywców bramek, pewnie z uwagi na ich liczbę, nie nadążano z ich odnotowywaniem.
Także w kronikach Stadlau na próżno szukać tego meczu, z bliżej nieznanych powodów nie jest on eksponowany w historii tego klubu.
Unia pokazała w tym spotkaniu iście husarską fantazję, więc i pewnie Austriacy wyjeżdżali od nas z niewzruszonym przekonaniem, że Jan Sobieski wywodził się z Tarnowa. Gdyby wiedzieli, że jeszcze i Bem był stąd rodem, to wygrana byłaby jeszcze bardziej okazała. Zagadką dla kibiców było, czemu tak przeciętny zespół zdecydował się na przyjazd z Wiednia do naszego miasta. "Praszczur" spekulował, że może na zakupy na Burku /tak sobie myślę, że mogło coś być na rzeczy, bo z notatki "Praszczura" wynika, że w tym czasie na kramach zabrakło Jego ulubionej kapusty/...
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - część 6.
1959r. - II liga
3 kolejka : UNIA TARNÓW - LEGIA KROSNO.
Ponownie 5 tysięcy widzów przybyło na stadion Jaskółek. "Praszczur" postawił odważną tezę, że kibice w ogóle nie opuścili stadionu po 1 kolejce.
Nie jestem w stanie tego zweryfikować.
Fani chcieli zobaczyć, kto okaże się lepszy: nieobliczalny i zbierający pochlebne oceny zespół gospodarzy, czy o wiele bardziej doświadczeni goście.
Wielu sympatyków Unii pochylało się nad tabelą rozgrywek; układ sił po pierwszych dwóch kolejkach zapowiadał niemałe emocje.
Legia w 2 - ej kolejce wygrała u siebie z Walterem Rzeszów 2:0.
Unia Racibórz potwierdziła, że jest mocnym teamem i wygrała z faworyzowanym Piastem Gliwice 2:1 !. Ponieważ Jaskółki wygrały z Raciborzem, spekulacjom jak wysoko zajdziemy w rozgrywkach, rosły skrzydła.
W pozostałych meczach w 2 kolejce padły następujące wyniki:
Concordia Knurów - Naprzód Lipiny 2:0,
Stal Mielec - Stal Sosnowiec 0:1,
Stal Rzeszów - Szombierki Bytom 1:0.
Ale tabele trzeba już odłożyć na bok, bo oto na murawie pojawiają się piłkarze, a więc znowu haust powietrza /i niestety, ale w przypadku niektórych nie tylko powietrza/ do gardła /to wynika mi jasno z notatek "Praszczura"/ i gremialne "UNIA, UNIA !!!" znowu niesie się po Mościcach.
Jaskółki zagrały w składzie: Czekanowski, Tyliszczak, Białas, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Czarnecki, Rusinek, Dubiel, Spodzieja, a więc było to identyczne zestawienie, jak w przegranym meczu z Wawelem.
Legia była na ówczesnej scenie piłkarskiej klubem bardziej rozpoznawalnym, aniżeli tarnowski beniaminek.
Miała już za sobą przygodę z drugą ligą w sezonach 1951 - 1953, z tym że występowała wówczas na II froncie jako Włókniarz Krosno.
Jak wiadomo żadna z tych nazw nie przetrwała do lat dzisiejszych, a na boiskach uganiają się już Karpaty.
Ponownie do II ligi Legia zawitała w 1957 r., co dawało jej przewagę nad Unią i w doświadczeniu i w pewności siebie.
Jedno było pewne: Legia do Tarnowa przyjechała bynajmniej nie na zakupy, ale po zwycięstwo. Zresztą wskazywał na to i ten niepodważalny, a odnotowany przez "Praszczura" fakt, że na Burku znów pojawiła się kapusta.
Tak na marginesie odnotować należy, że w tamtych czasach relacje między na pozór odległymi klubami, były dość zażyłe i sympatyczne, a to za sprawą ... żużlowców. W 1957 r. na torze w Krośnie Uniści rozgrywali bowiem swoje mecze ligowe, jako "gospodarze" spotkań.
Na początku meczu widać było wyraźnie, że Legia wzięła sobie do serca wyniki, a zwłaszcza recenzje po wcześniejszych występach gospodarzy. Rozpoczęła mecz asekuracyjnie, grając wzmocnioną obroną. Ataki gości nie były zbyt częste, a w każdym przypadku błyskawicznie likwidowane przez nadzwyczaj uważnie grającą obronę Unii, w której prym wiedli Białas i grający z dużym
poświęceniem Tyliszczak. Jego udane wślizgi wywoływały aplauz na trybunach. Legia nie potrafiła wypracować sobie klarownych sytuacji podbramkowych, a to oznaczało, że nasz atak mógł rozpocząć "walca", który szybko winien zamienić się w ognistą "sambę".
Z czasem sporadyczne ataki Legii stawały się jeszcze rzadsze, a to z kilku powodów. Przede wszystkim Krośnianie byli do nich zniechęcani przez twardo i bezbłędnie poczynającą sobie obronę Unii, a co równie istotne, musieli coraz więcej uwagi poświęcać na obronę swojej bramki. Warto przypomnieć, że obrona Unii występowała bez Czesława Mazurka, jednego z najlepszych środkowych obrońców w historii klubu.
Linie ofensywne Unii też poczynały sobie śmiało, pchane do przodu przez aktywną pomoc, w której wyróżniał się harujący za kilku Nowak. Na efekty świetnych zagrań Unistów nie trzeba było długo czekać.
Już w pierwszej połowie stadion oszalał z radości. Niesamowicie aktywny Witek, raz po raz pojawiał się pod bramką gości, stanowiąc dla niej nieustanne zagrożenie, ale to nie On zdobył pierwszego gola. Mógł się jednak cieszyć z niego w takim samym stopniu, jak szczęśliwy strzelec
bramki. Kiedy w swoim kolejnym rajdzie Witek minął obrońcę gości dostrzegł sprytnie wychodzącego na pozycję Rusinka, któremu udało się na moment uśpić czujność pilnującego go rywala. Rusinek gnał w zasadzie nie pilnowany na bramkę, a spóźniony obrońca próbował jedynie wybić go z rytmu, przytrzymując za koszulkę. Witek całą sytuację właściwie ocenił i gdy Rusinek znalazł się w pobliżu bramki, na jego nogę dosłownie spłynęła piłka, po superprecyzyjnym podaniu Witka. Bramkarz zaabsorbowany akcją Witka nie miał już szans na zasłonięcie tego fragmentu bramki, przed którym znalazł się Rusinek.Ten ostatni nie zwykł marnować takich okazji. Strzał i gooool ! Unia prowadziła z Legią 1 : 0 !. Ale na tym nie skończyły się dobre wieści dla fanów Unii.
Sprawiedliwości stało się zadość: drugiego gola uzyskał dla nas Witek i na tę bramkę jak najbardziej zapracował !!!. Unia wyszła na prowadzenie z Legią Krosno 2 : 0 !!! i takim też rezultatem zakończyła się pierwsza odsłona meczu; czy prawdziwemu kibicowi trzeba było coś więcej do szczęścia ?!. No może tylko kapusty.
A jednak odpowiedź na tak postawione pytanie bywa przewrotna. Otóż dusza kibica nigdy zaspokojoną nie będzie, więc i kibice zachęcali piłkarzy po przerwie do zdwojenia wysiłków !.
Rozumieli to i piłkarze, serwując w dalszej części swoim fanom niezłe desery. Co prawda po zdobyciu drugiego gola zaczęli grać w wolniejszym tempie, ale za to pokazali kilka zagrań, jak to dawniej mówiono "pod publiczkę".
A to "siatkę" założyli rywalowi, a to popisali się technicznym uderzeniem z dalszej odległości /Spodzieja z ok. 25 m/, a to wreszcie za sprawą głównie Rusinka pokazali kilka ładnych solowych akcji. Rusinek wybierał się co prawda z piłką sam przeciwko 3 - 4 rywalom, ale i tak niejeden zwód mu wyszedł, co wzbudzało aplauz u kibiców. Niektórzy twierdzą, że podochocony napastnik Unii przedryblował nawet swojego kolegę z drużyny, ale akurat tej wieści nie dawałbym wiary.
W każdym razie było wiele ładnej gry dla oka, która jak wiadomo nie zawsze idzie w parze ze skutecznością, ale która cieszy duszę kibica, zwłaszcza gdy wynik jest korzystny.
I wynik pozostał korzystnym do końca tego meczu !!!.
Legia nie zdobyła nawet honorowego trafienia i w takich oto okolicznościach Unia ostatecznie wygrała z Legią Krosno 2:0 !!!
Oprócz wymienionych już graczy, na końcowy sukces zapracowała cała drużyna, ale szczególnie ciepłe słowa kierowano jeszcze pod adresem Czarneckiego i Spodzieji, który dzielnie sekundował w ataku Rusinkowi.
W 3 kolejce doszło do kilku innych ciekawych konfrontacji. Unia Racibórz przegrała u siebie z Wawelem Kraków 1:2 i to z kolei pokazywało moc naszego niedawnego rywala, Szombierki Bytom uległy Naprzodowi Lipiny 1:2, Stal Sosnowiec aż 1:4 przegrała z Concordią Knurów, Stal Rzeszów nie sprostała Stali Mielec i przegrała na własnym stadionie 0:1, wreszcie Piast Gliwice wygrał 2:1 z Walterem Rzeszów. I właśnie do popularnych "Piastunek" przyszło nam wybrać się w 4 kolejce.
1959r. - II liga
3 kolejka : UNIA TARNÓW - LEGIA KROSNO.
Ponownie 5 tysięcy widzów przybyło na stadion Jaskółek. "Praszczur" postawił odważną tezę, że kibice w ogóle nie opuścili stadionu po 1 kolejce.
Nie jestem w stanie tego zweryfikować.
Fani chcieli zobaczyć, kto okaże się lepszy: nieobliczalny i zbierający pochlebne oceny zespół gospodarzy, czy o wiele bardziej doświadczeni goście.
Wielu sympatyków Unii pochylało się nad tabelą rozgrywek; układ sił po pierwszych dwóch kolejkach zapowiadał niemałe emocje.
Legia w 2 - ej kolejce wygrała u siebie z Walterem Rzeszów 2:0.
Unia Racibórz potwierdziła, że jest mocnym teamem i wygrała z faworyzowanym Piastem Gliwice 2:1 !. Ponieważ Jaskółki wygrały z Raciborzem, spekulacjom jak wysoko zajdziemy w rozgrywkach, rosły skrzydła.
W pozostałych meczach w 2 kolejce padły następujące wyniki:
Concordia Knurów - Naprzód Lipiny 2:0,
Stal Mielec - Stal Sosnowiec 0:1,
Stal Rzeszów - Szombierki Bytom 1:0.
Ale tabele trzeba już odłożyć na bok, bo oto na murawie pojawiają się piłkarze, a więc znowu haust powietrza /i niestety, ale w przypadku niektórych nie tylko powietrza/ do gardła /to wynika mi jasno z notatek "Praszczura"/ i gremialne "UNIA, UNIA !!!" znowu niesie się po Mościcach.
Jaskółki zagrały w składzie: Czekanowski, Tyliszczak, Białas, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Czarnecki, Rusinek, Dubiel, Spodzieja, a więc było to identyczne zestawienie, jak w przegranym meczu z Wawelem.
Legia była na ówczesnej scenie piłkarskiej klubem bardziej rozpoznawalnym, aniżeli tarnowski beniaminek.
Miała już za sobą przygodę z drugą ligą w sezonach 1951 - 1953, z tym że występowała wówczas na II froncie jako Włókniarz Krosno.
Jak wiadomo żadna z tych nazw nie przetrwała do lat dzisiejszych, a na boiskach uganiają się już Karpaty.
Ponownie do II ligi Legia zawitała w 1957 r., co dawało jej przewagę nad Unią i w doświadczeniu i w pewności siebie.
Jedno było pewne: Legia do Tarnowa przyjechała bynajmniej nie na zakupy, ale po zwycięstwo. Zresztą wskazywał na to i ten niepodważalny, a odnotowany przez "Praszczura" fakt, że na Burku znów pojawiła się kapusta.
Tak na marginesie odnotować należy, że w tamtych czasach relacje między na pozór odległymi klubami, były dość zażyłe i sympatyczne, a to za sprawą ... żużlowców. W 1957 r. na torze w Krośnie Uniści rozgrywali bowiem swoje mecze ligowe, jako "gospodarze" spotkań.
Na początku meczu widać było wyraźnie, że Legia wzięła sobie do serca wyniki, a zwłaszcza recenzje po wcześniejszych występach gospodarzy. Rozpoczęła mecz asekuracyjnie, grając wzmocnioną obroną. Ataki gości nie były zbyt częste, a w każdym przypadku błyskawicznie likwidowane przez nadzwyczaj uważnie grającą obronę Unii, w której prym wiedli Białas i grający z dużym
poświęceniem Tyliszczak. Jego udane wślizgi wywoływały aplauz na trybunach. Legia nie potrafiła wypracować sobie klarownych sytuacji podbramkowych, a to oznaczało, że nasz atak mógł rozpocząć "walca", który szybko winien zamienić się w ognistą "sambę".
Z czasem sporadyczne ataki Legii stawały się jeszcze rzadsze, a to z kilku powodów. Przede wszystkim Krośnianie byli do nich zniechęcani przez twardo i bezbłędnie poczynającą sobie obronę Unii, a co równie istotne, musieli coraz więcej uwagi poświęcać na obronę swojej bramki. Warto przypomnieć, że obrona Unii występowała bez Czesława Mazurka, jednego z najlepszych środkowych obrońców w historii klubu.
Linie ofensywne Unii też poczynały sobie śmiało, pchane do przodu przez aktywną pomoc, w której wyróżniał się harujący za kilku Nowak. Na efekty świetnych zagrań Unistów nie trzeba było długo czekać.
Już w pierwszej połowie stadion oszalał z radości. Niesamowicie aktywny Witek, raz po raz pojawiał się pod bramką gości, stanowiąc dla niej nieustanne zagrożenie, ale to nie On zdobył pierwszego gola. Mógł się jednak cieszyć z niego w takim samym stopniu, jak szczęśliwy strzelec
bramki. Kiedy w swoim kolejnym rajdzie Witek minął obrońcę gości dostrzegł sprytnie wychodzącego na pozycję Rusinka, któremu udało się na moment uśpić czujność pilnującego go rywala. Rusinek gnał w zasadzie nie pilnowany na bramkę, a spóźniony obrońca próbował jedynie wybić go z rytmu, przytrzymując za koszulkę. Witek całą sytuację właściwie ocenił i gdy Rusinek znalazł się w pobliżu bramki, na jego nogę dosłownie spłynęła piłka, po superprecyzyjnym podaniu Witka. Bramkarz zaabsorbowany akcją Witka nie miał już szans na zasłonięcie tego fragmentu bramki, przed którym znalazł się Rusinek.Ten ostatni nie zwykł marnować takich okazji. Strzał i gooool ! Unia prowadziła z Legią 1 : 0 !. Ale na tym nie skończyły się dobre wieści dla fanów Unii.
Sprawiedliwości stało się zadość: drugiego gola uzyskał dla nas Witek i na tę bramkę jak najbardziej zapracował !!!. Unia wyszła na prowadzenie z Legią Krosno 2 : 0 !!! i takim też rezultatem zakończyła się pierwsza odsłona meczu; czy prawdziwemu kibicowi trzeba było coś więcej do szczęścia ?!. No może tylko kapusty.
A jednak odpowiedź na tak postawione pytanie bywa przewrotna. Otóż dusza kibica nigdy zaspokojoną nie będzie, więc i kibice zachęcali piłkarzy po przerwie do zdwojenia wysiłków !.
Rozumieli to i piłkarze, serwując w dalszej części swoim fanom niezłe desery. Co prawda po zdobyciu drugiego gola zaczęli grać w wolniejszym tempie, ale za to pokazali kilka zagrań, jak to dawniej mówiono "pod publiczkę".
A to "siatkę" założyli rywalowi, a to popisali się technicznym uderzeniem z dalszej odległości /Spodzieja z ok. 25 m/, a to wreszcie za sprawą głównie Rusinka pokazali kilka ładnych solowych akcji. Rusinek wybierał się co prawda z piłką sam przeciwko 3 - 4 rywalom, ale i tak niejeden zwód mu wyszedł, co wzbudzało aplauz u kibiców. Niektórzy twierdzą, że podochocony napastnik Unii przedryblował nawet swojego kolegę z drużyny, ale akurat tej wieści nie dawałbym wiary.
W każdym razie było wiele ładnej gry dla oka, która jak wiadomo nie zawsze idzie w parze ze skutecznością, ale która cieszy duszę kibica, zwłaszcza gdy wynik jest korzystny.
I wynik pozostał korzystnym do końca tego meczu !!!.
Legia nie zdobyła nawet honorowego trafienia i w takich oto okolicznościach Unia ostatecznie wygrała z Legią Krosno 2:0 !!!
Oprócz wymienionych już graczy, na końcowy sukces zapracowała cała drużyna, ale szczególnie ciepłe słowa kierowano jeszcze pod adresem Czarneckiego i Spodzieji, który dzielnie sekundował w ataku Rusinkowi.
W 3 kolejce doszło do kilku innych ciekawych konfrontacji. Unia Racibórz przegrała u siebie z Wawelem Kraków 1:2 i to z kolei pokazywało moc naszego niedawnego rywala, Szombierki Bytom uległy Naprzodowi Lipiny 1:2, Stal Sosnowiec aż 1:4 przegrała z Concordią Knurów, Stal Rzeszów nie sprostała Stali Mielec i przegrała na własnym stadionie 0:1, wreszcie Piast Gliwice wygrał 2:1 z Walterem Rzeszów. I właśnie do popularnych "Piastunek" przyszło nam wybrać się w 4 kolejce.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - część 7.
1959r. - II liga.
4 KOLEJKA - PIAST GLIWICE - UNIA
Wiadomość, która wybijała z optymistycznego nastroju przed czwartą kolejką tyczyła Witka, który wniósł tak wiele pozytywów do meczu z Legią. Grypa nie wybiera, ale tym razem wybrała właśnie Witka, dla którego nie było łatwo znaleźć zmiennika.
Trener uznał, że najlepszym zastępcą ofensywnego Witka będzie nominalny... obrońca Kuciewicz ! Osłabiało to w istotny sposób naszą lewą flankę, ale poszerzało defensywne możliwości Unistów.
Snadź Trener uznał, że Jaskółki nie mogą sobie pozwolić na zbyt otwartą grę w Gliwicach, albowiem klasa ich rywala wymagała niemałej rozwagi w budowaniu przedmeczowej taktyki.
Piast zagościł na II ligowych salonach już w 1957 r., ale dodać należy, że dość szczęśliwie, bo w wyniku reorganizacji, rozszerzającej skład tej klasy rozgrywkowej. "Piastunki" skwapliwie skorzystały z okazji i na koniec sezonu zameldowały się w ścisłej czołówce II ligi. W 1958 r. apetyty kibiców nie zostały zaspokojone, zespół nie był już tak dobry i zakończył sezon na bodajże 7 miejscu. Generalnie jednak Piast miał już wyrobioną markę, nie wspominając o większym ligowym obyciu.
Przez jego szeregi przewijali się zawodnicy, których nazwiska już wówczas, albo wkrótce, miały stać się znane w całej piłkarskiej Polsce.
Na nasze szczęście, w składzie nie było już gracza, który w Piaście pojawił się na krótko w 1953 /1954 r. Akurat w sezonie, którym się zajmujemy, czyli w 1959 r., piłkarz ten występował już w innym klubie i jako jeden z nielicznych ówczesnych polskich zawodników, właśnie w 1959 r. otrzymał propozycję gry w królewskim REALU Madryt !!!!. Chciał go mieć również w swoim składzie słynny AC Milan !. Niestety nie otrzymywał zgody na przejście do europejskich sław. Starsi kibice wiedzą, że chodzi mi oczywiście o Lucjana Brychczego, którego z Piasta przejęła drogą powołania Go do wojska warszawska Legia. Z licznych wspomnień Brychczego wynika, że próbował wyzwolić się z nowego, aż nazbyt opiekuńczego klubu, ponoć w sprawie tej interweniował nawet stawiający pierwsze kroki w polityce Edward Gierek, ale siła argumentów wojska, albo raczej argumenty siły, okazały się nie do przeskoczenia.
Brychczy pozostał na zawsze w Legii, został wraz z zespołem czterokrotnym mistrzem Polski, również czterokrotnym zdobywcą Pucharu Polski, trzykrotnym królem strzelców polskiej ekstraklasy. Zdobył w niej ponad 180 bramek.
W 1970 r. dotarł z Legią aż do półfinału Pucharu Mistrzów Europy, gdzie pożegnał się z rozgrywkami /0:0 i 0:2 z Mistrzem Holandii Feyenoordem Rotterdam/.
To że był wielokrotnym reprezentantem Polski to rzecz oczywista, uchodził za jednego z najbardziej zaawansowanych technicznie piłkarzy na Starym Kontynencie, ceniono też Jego zmysł taktyczny. Mimo nienadzwyczajnych warunków fizycznych potrafił przetrwać niejedną zmianę pokoleniową w Legii, grał w jej barwach w podstawowym składzie ponad 17 lat !!!. Tyle piszę o nie grającym już w Piaście w 1959 r. piłkarzu, gdyż akurat mamy z Jego osobą, jako kibice Unii, szczególne wspomnienia. Zagrał On bowiem w barwach Legii Warszawa przeciwko Jaskółkom w 1969 r. w pamiętnych bojach w półfinale Pucharu Polski !!!.
Z łezką w oczach wspominam walkę, czy wręcz prawdziwy bój Unistów z drużyną popularnego "Kici" we wspomnianym pólfinale. Chciałoby się zapytać Pana Prezesa Szklarza - wrócą ci nam jeszcze kiedyś takie czasy ?.
Póki co wracajmy do 1959r. - to było nasze szczęście, że taki piłkarz nie występował w niebiesko - czerwonych barwach Piasta.
Ale w 1959 r. w Piaście pozostały jeszcze rodzynki, a zaliczyć do nich należy bez wahania Józefa Gałeczkę, który później, po przejściu do Zagłębia Sosnowiec, został królem strzelców ekstraklasy, że o przywdziewaniu przez niego reprezentacyjnego stroju nie wspomnę. Świetnie grał głową.
A Unia ? - no cóż, oprócz chorego Witka posłała do boju wszystkich najlepszych swych piłkarzy. Trzymajmy więc kciuki za Rusinka, Spodzieję, czy Czekanowskiego, który po niegroźnym urazie właśnie ostro rozgrzewa się na płycie boiska Piasta...
Obok nich na boisku pojawili się: Tyliszczak Białas, Palemba, Guzy, Nowak, Czarnecki, wspomniany Kuciewicz oraz Dubiel.
Zgodnie z przewidywaniami to Piast częściej "przesiadywał" pod naszą bramką. Skuteczny Czekanowski, wspierany dzielnie przez linię obrony, a zwłaszcza przez Białasa, Palembę i Tyliszczaka, dawał nadzieję na dobry końcowy wynik, chociaż pod Jego bramką, nie raz i nie
dwa, porządnie się zakotłowało. Piast nie dopuszczał myśli o stracie choćby jednego punktu na swoim boisku i konsekwentnie dążył do zdobycia gola. Słusznie zakładał, że utrata bramki zmusi rywala do większego odsłonięcia się, a zadanie kolejnych ciosów będzie wtedy tylko kwestią czasu. W swoich ofensywnych zapędach miał jednak ograniczone pole manewru, jako że szybko okazało się, że zwłaszcza Palemba skutecznie ograniczył ruchy prawoskrzydłowego gospodarzy. W tej sytuacji, nie mogąc znaleźć recepty na Palembę, Piast forsował grę przeciwległym skrzydłem, bądź środkiem boiska, co wyraźnie zmniejszało jego siłę rażenia.
A kiedy już "Piastunkom" udało się wyprowadzić w pole obronę Unii i stworzyć sobie dogodną pozycję do strzału, to natychmiast okazywało się, że po stronie Jaskółek występuje w tym dniu jeszcze jeden dodatkowy gracz, zwany szczęściem.
Ot, jak choćby w 32 minucie meczu, kiedy to rozpędzony napastnik Piasta, po pięknym wślizgu, wsunął nogę
pomiędzy dwóch obrońców Unii, czubkiem buta dosięgnął futbolówki, ale ta, w jakimś dziwnym kontredansie, wirując po murawie niczym bąk, prześlizgnęła się obok lewego słupka naszej bramki i wyszła poza boisko. A wszystko to działo się nie więcej, niż 5 metrów przed naszą bramką. Tak przynajmniej wynika to z odręcznego zapisku. "Praszczur" nie przypadkowo wspominał o piłce wirującej, niczym bąk, albowiem w tym czasie dokonał wielkiego zakupu dla chrześniaka: nabył kolorowego bączka. Jak niosła wieść gminna świetnie się nim bawił, "Praszczur rzecz jasna.
Na odciążenie swego przedpola Uniści nie mogli za bardzo liczyć, bo składnych akcji zaczepnych trójki naszych muszkieterów: Rusinka, Dubiela i Spodzieji, było w tym meczu jak na lekarstwo.
Jedenaście uśmiechniętych twarzy powitało gwizdek arbitra, kończący pierwszą połowę. To był promienny uśmiech na twarzach Unistów. Twierdza "Unia" nie została zdobyta !, do przerwy było 0:0 !.
Po przerwie obraz gry nie uległ radykalnej zmianie: Piast prawie cały czas przeważał, miał więcej z gry, zaś Unia odgryzała się zespołowymi akcjami swego ataku. Aż do 55 minuty, kiedy to rozegrał się dramat jednej z drużyn i to bynajmniej nie po zespołowym zagraniu.
Tak się jakoś w tym spotkaniu układało, że ofensywne akcje Unistów najczęściej finalizowane były przez Spodzieję. Zapadł więc on w pamięci obrońców Piasta i zwracali na Jego poczynania szczególną uwagę. Kiedy więc w 55 minucie Spodzieja przymierzał się do kolejnego strzału, został nieprzepisowo przyblokowany, ot tak, na wszelki wypadek i ku przestrodze na przyszłość. Sędzia odgwizdał rzut wolny. Do piłki podszedł Czarnecki. Krótki rozbieg, sprytne rozegranie piłki, przejmuje ją Guzy, strzela i ... gooool ! Unia obejmuje prowadzenie na stadionie Piasta, który oniemiał z wrażenia !!!.
Na nic zdał się zryw gospodarzy, na nic ich liczne akcje. Wynik nie uległ już zmianie, Jaskółki zupełnie nieoczekiwanie tryumfowały na stadionie w Gliwicach !. Piłkarze gospodarzy zapewne opuszczali boisko zataczając się z wrażenia niczym wirujące bączki.
Po tym zwycięskim 1 : 0 na stadionie Piasta, dla wielu nie było już wątpliwości - II liga miała swoją rewelację, a Jaskółki stawały się powoli faktycznie czarnym koniem rozgrywek.
Kibice z Gliwic stracili po tym meczu nie tylko punkty, dobre samopoczucie i nadzieję na wyprzedzenie Tarnowian w II - ligowej tabeli, ale też i trenera Edwarda Metzgera, który tak się przejął porażką, że postanowił zwinąć żagle i przenieść się do innego klubu, na wszelki wypadek takiego, który ... nie rywalizowałby z Unią.
W 4 kolejce za sensacyjny /oprócz wyniku Unii/ uznano rezultat potyczki Wawelu Kraków, który na własnym stadionie zaledwie zremisował z Legią Krosno !!!.
Szombierki Bytom przegrały ze Stalą Mielec 1:3
Concordia Knurów - Stal Rzeszów 0:0,
Naprzód Lipiny - Stal Sosnowiec 1:1,
Walter Rzeszów - Unia Racibórz 1:4.
Tabela przedstawiała się następująco:
Prowadził Wawel z 7 punktami, ale tuż za nim plasowała się Unia z 6 pkt /!!!/ i Concordia z takim samym dorobkiem.
Kolejne miejsca:
4 - 5/ Stal Mielec i Sosnowiec po 5 pkt
6 - 7/ Unia Racibórz i Piast po 4 pkt
8 - 9 - 10/ Stal Rzeszów, Legia, Naprzód po 3 pkt
11/ - Szombierki 1 pkt
12/ Walter - 0 pkt.
1959r. - II liga.
4 KOLEJKA - PIAST GLIWICE - UNIA
Wiadomość, która wybijała z optymistycznego nastroju przed czwartą kolejką tyczyła Witka, który wniósł tak wiele pozytywów do meczu z Legią. Grypa nie wybiera, ale tym razem wybrała właśnie Witka, dla którego nie było łatwo znaleźć zmiennika.
Trener uznał, że najlepszym zastępcą ofensywnego Witka będzie nominalny... obrońca Kuciewicz ! Osłabiało to w istotny sposób naszą lewą flankę, ale poszerzało defensywne możliwości Unistów.
Snadź Trener uznał, że Jaskółki nie mogą sobie pozwolić na zbyt otwartą grę w Gliwicach, albowiem klasa ich rywala wymagała niemałej rozwagi w budowaniu przedmeczowej taktyki.
Piast zagościł na II ligowych salonach już w 1957 r., ale dodać należy, że dość szczęśliwie, bo w wyniku reorganizacji, rozszerzającej skład tej klasy rozgrywkowej. "Piastunki" skwapliwie skorzystały z okazji i na koniec sezonu zameldowały się w ścisłej czołówce II ligi. W 1958 r. apetyty kibiców nie zostały zaspokojone, zespół nie był już tak dobry i zakończył sezon na bodajże 7 miejscu. Generalnie jednak Piast miał już wyrobioną markę, nie wspominając o większym ligowym obyciu.
Przez jego szeregi przewijali się zawodnicy, których nazwiska już wówczas, albo wkrótce, miały stać się znane w całej piłkarskiej Polsce.
Na nasze szczęście, w składzie nie było już gracza, który w Piaście pojawił się na krótko w 1953 /1954 r. Akurat w sezonie, którym się zajmujemy, czyli w 1959 r., piłkarz ten występował już w innym klubie i jako jeden z nielicznych ówczesnych polskich zawodników, właśnie w 1959 r. otrzymał propozycję gry w królewskim REALU Madryt !!!!. Chciał go mieć również w swoim składzie słynny AC Milan !. Niestety nie otrzymywał zgody na przejście do europejskich sław. Starsi kibice wiedzą, że chodzi mi oczywiście o Lucjana Brychczego, którego z Piasta przejęła drogą powołania Go do wojska warszawska Legia. Z licznych wspomnień Brychczego wynika, że próbował wyzwolić się z nowego, aż nazbyt opiekuńczego klubu, ponoć w sprawie tej interweniował nawet stawiający pierwsze kroki w polityce Edward Gierek, ale siła argumentów wojska, albo raczej argumenty siły, okazały się nie do przeskoczenia.
Brychczy pozostał na zawsze w Legii, został wraz z zespołem czterokrotnym mistrzem Polski, również czterokrotnym zdobywcą Pucharu Polski, trzykrotnym królem strzelców polskiej ekstraklasy. Zdobył w niej ponad 180 bramek.
W 1970 r. dotarł z Legią aż do półfinału Pucharu Mistrzów Europy, gdzie pożegnał się z rozgrywkami /0:0 i 0:2 z Mistrzem Holandii Feyenoordem Rotterdam/.
To że był wielokrotnym reprezentantem Polski to rzecz oczywista, uchodził za jednego z najbardziej zaawansowanych technicznie piłkarzy na Starym Kontynencie, ceniono też Jego zmysł taktyczny. Mimo nienadzwyczajnych warunków fizycznych potrafił przetrwać niejedną zmianę pokoleniową w Legii, grał w jej barwach w podstawowym składzie ponad 17 lat !!!. Tyle piszę o nie grającym już w Piaście w 1959 r. piłkarzu, gdyż akurat mamy z Jego osobą, jako kibice Unii, szczególne wspomnienia. Zagrał On bowiem w barwach Legii Warszawa przeciwko Jaskółkom w 1969 r. w pamiętnych bojach w półfinale Pucharu Polski !!!.
Z łezką w oczach wspominam walkę, czy wręcz prawdziwy bój Unistów z drużyną popularnego "Kici" we wspomnianym pólfinale. Chciałoby się zapytać Pana Prezesa Szklarza - wrócą ci nam jeszcze kiedyś takie czasy ?.
Póki co wracajmy do 1959r. - to było nasze szczęście, że taki piłkarz nie występował w niebiesko - czerwonych barwach Piasta.
Ale w 1959 r. w Piaście pozostały jeszcze rodzynki, a zaliczyć do nich należy bez wahania Józefa Gałeczkę, który później, po przejściu do Zagłębia Sosnowiec, został królem strzelców ekstraklasy, że o przywdziewaniu przez niego reprezentacyjnego stroju nie wspomnę. Świetnie grał głową.
A Unia ? - no cóż, oprócz chorego Witka posłała do boju wszystkich najlepszych swych piłkarzy. Trzymajmy więc kciuki za Rusinka, Spodzieję, czy Czekanowskiego, który po niegroźnym urazie właśnie ostro rozgrzewa się na płycie boiska Piasta...
Obok nich na boisku pojawili się: Tyliszczak Białas, Palemba, Guzy, Nowak, Czarnecki, wspomniany Kuciewicz oraz Dubiel.
Zgodnie z przewidywaniami to Piast częściej "przesiadywał" pod naszą bramką. Skuteczny Czekanowski, wspierany dzielnie przez linię obrony, a zwłaszcza przez Białasa, Palembę i Tyliszczaka, dawał nadzieję na dobry końcowy wynik, chociaż pod Jego bramką, nie raz i nie
dwa, porządnie się zakotłowało. Piast nie dopuszczał myśli o stracie choćby jednego punktu na swoim boisku i konsekwentnie dążył do zdobycia gola. Słusznie zakładał, że utrata bramki zmusi rywala do większego odsłonięcia się, a zadanie kolejnych ciosów będzie wtedy tylko kwestią czasu. W swoich ofensywnych zapędach miał jednak ograniczone pole manewru, jako że szybko okazało się, że zwłaszcza Palemba skutecznie ograniczył ruchy prawoskrzydłowego gospodarzy. W tej sytuacji, nie mogąc znaleźć recepty na Palembę, Piast forsował grę przeciwległym skrzydłem, bądź środkiem boiska, co wyraźnie zmniejszało jego siłę rażenia.
A kiedy już "Piastunkom" udało się wyprowadzić w pole obronę Unii i stworzyć sobie dogodną pozycję do strzału, to natychmiast okazywało się, że po stronie Jaskółek występuje w tym dniu jeszcze jeden dodatkowy gracz, zwany szczęściem.
Ot, jak choćby w 32 minucie meczu, kiedy to rozpędzony napastnik Piasta, po pięknym wślizgu, wsunął nogę
pomiędzy dwóch obrońców Unii, czubkiem buta dosięgnął futbolówki, ale ta, w jakimś dziwnym kontredansie, wirując po murawie niczym bąk, prześlizgnęła się obok lewego słupka naszej bramki i wyszła poza boisko. A wszystko to działo się nie więcej, niż 5 metrów przed naszą bramką. Tak przynajmniej wynika to z odręcznego zapisku. "Praszczur" nie przypadkowo wspominał o piłce wirującej, niczym bąk, albowiem w tym czasie dokonał wielkiego zakupu dla chrześniaka: nabył kolorowego bączka. Jak niosła wieść gminna świetnie się nim bawił, "Praszczur rzecz jasna.
Na odciążenie swego przedpola Uniści nie mogli za bardzo liczyć, bo składnych akcji zaczepnych trójki naszych muszkieterów: Rusinka, Dubiela i Spodzieji, było w tym meczu jak na lekarstwo.
Jedenaście uśmiechniętych twarzy powitało gwizdek arbitra, kończący pierwszą połowę. To był promienny uśmiech na twarzach Unistów. Twierdza "Unia" nie została zdobyta !, do przerwy było 0:0 !.
Po przerwie obraz gry nie uległ radykalnej zmianie: Piast prawie cały czas przeważał, miał więcej z gry, zaś Unia odgryzała się zespołowymi akcjami swego ataku. Aż do 55 minuty, kiedy to rozegrał się dramat jednej z drużyn i to bynajmniej nie po zespołowym zagraniu.
Tak się jakoś w tym spotkaniu układało, że ofensywne akcje Unistów najczęściej finalizowane były przez Spodzieję. Zapadł więc on w pamięci obrońców Piasta i zwracali na Jego poczynania szczególną uwagę. Kiedy więc w 55 minucie Spodzieja przymierzał się do kolejnego strzału, został nieprzepisowo przyblokowany, ot tak, na wszelki wypadek i ku przestrodze na przyszłość. Sędzia odgwizdał rzut wolny. Do piłki podszedł Czarnecki. Krótki rozbieg, sprytne rozegranie piłki, przejmuje ją Guzy, strzela i ... gooool ! Unia obejmuje prowadzenie na stadionie Piasta, który oniemiał z wrażenia !!!.
Na nic zdał się zryw gospodarzy, na nic ich liczne akcje. Wynik nie uległ już zmianie, Jaskółki zupełnie nieoczekiwanie tryumfowały na stadionie w Gliwicach !. Piłkarze gospodarzy zapewne opuszczali boisko zataczając się z wrażenia niczym wirujące bączki.
Po tym zwycięskim 1 : 0 na stadionie Piasta, dla wielu nie było już wątpliwości - II liga miała swoją rewelację, a Jaskółki stawały się powoli faktycznie czarnym koniem rozgrywek.
Kibice z Gliwic stracili po tym meczu nie tylko punkty, dobre samopoczucie i nadzieję na wyprzedzenie Tarnowian w II - ligowej tabeli, ale też i trenera Edwarda Metzgera, który tak się przejął porażką, że postanowił zwinąć żagle i przenieść się do innego klubu, na wszelki wypadek takiego, który ... nie rywalizowałby z Unią.
W 4 kolejce za sensacyjny /oprócz wyniku Unii/ uznano rezultat potyczki Wawelu Kraków, który na własnym stadionie zaledwie zremisował z Legią Krosno !!!.
Szombierki Bytom przegrały ze Stalą Mielec 1:3
Concordia Knurów - Stal Rzeszów 0:0,
Naprzód Lipiny - Stal Sosnowiec 1:1,
Walter Rzeszów - Unia Racibórz 1:4.
Tabela przedstawiała się następująco:
Prowadził Wawel z 7 punktami, ale tuż za nim plasowała się Unia z 6 pkt /!!!/ i Concordia z takim samym dorobkiem.
Kolejne miejsca:
4 - 5/ Stal Mielec i Sosnowiec po 5 pkt
6 - 7/ Unia Racibórz i Piast po 4 pkt
8 - 9 - 10/ Stal Rzeszów, Legia, Naprzód po 3 pkt
11/ - Szombierki 1 pkt
12/ Walter - 0 pkt.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - część 8.
1959r. - II liga.
TOWARZYSKI MECZ UNIA - METAL TARNÓW.
Po 4 kolejce Jaskółki rozegrały sparring z Metalem. Zakończył się on niespodziewanie remisem 1 : 1. Kibice Unii nie kryli rozczarowania.
Unia nie wypadła przekonywująco. Na dodatek to Metal prowadził do przerwy 1:0. Podczas spotkania w zasadzie rozstrzygnęły się losy jednego z graczy. Bramkę dla rywali zdobył bowiem ich najlepszy snajper Derlaga, który już od pewnego czasu był na "celowniku" Unii. Ponieważ Derlaga w sparringu potwierdził swoje walory, w nieodległej przyszłości zasilił Unię, stając się niezłym egzekutorem w barwach Jaskółek.
Honorowego gola dla Unii zdobył, no kto ?!, oczywiście gromko odpowiemy - Rusinek !, tym razem z rzutu karnego.
Po meczu z Metalem trener Unii nie szukał słów usprawiedliwienia i uznał że zespół, który tak dobrze spisuje się w lidze, nie ma prawa schodzić poniżej pewnego poziomu. Zapowiedział, że w kolejnym meczu, tym razem mistrzowskim, Unia sięgnie ponownie po komplet punktów !. Ano, zobaczymy...
PS. -w odróżnieniu od Trenera "Praszczur" nie przyjął wyniku na klatę. Po przejściu Derlagi do Unii do krótkiej notki ze sparringu dołączył zapisek: "Ponieważ gola dla Metalu zdobył Derlaga, to można przyjąć, że Unia wygrała 2:0". Tak sobie myślę czasem, że 'Praszczur" był jednak większym fanem Unii ode mnie"
.
1959r. - II liga.
TOWARZYSKI MECZ UNIA - METAL TARNÓW.
Po 4 kolejce Jaskółki rozegrały sparring z Metalem. Zakończył się on niespodziewanie remisem 1 : 1. Kibice Unii nie kryli rozczarowania.
Unia nie wypadła przekonywująco. Na dodatek to Metal prowadził do przerwy 1:0. Podczas spotkania w zasadzie rozstrzygnęły się losy jednego z graczy. Bramkę dla rywali zdobył bowiem ich najlepszy snajper Derlaga, który już od pewnego czasu był na "celowniku" Unii. Ponieważ Derlaga w sparringu potwierdził swoje walory, w nieodległej przyszłości zasilił Unię, stając się niezłym egzekutorem w barwach Jaskółek.
Honorowego gola dla Unii zdobył, no kto ?!, oczywiście gromko odpowiemy - Rusinek !, tym razem z rzutu karnego.
Po meczu z Metalem trener Unii nie szukał słów usprawiedliwienia i uznał że zespół, który tak dobrze spisuje się w lidze, nie ma prawa schodzić poniżej pewnego poziomu. Zapowiedział, że w kolejnym meczu, tym razem mistrzowskim, Unia sięgnie ponownie po komplet punktów !. Ano, zobaczymy...
PS. -w odróżnieniu od Trenera "Praszczur" nie przyjął wyniku na klatę. Po przejściu Derlagi do Unii do krótkiej notki ze sparringu dołączył zapisek: "Ponieważ gola dla Metalu zdobył Derlaga, to można przyjąć, że Unia wygrała 2:0". Tak sobie myślę czasem, że 'Praszczur" był jednak większym fanem Unii ode mnie"
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - część 9.
1959r. - II liga.
5 kolejka - UNIA TARNÓW - WALTER RZESZÓW.
Pełne optymizmu zapowiedzi Trenera były jak najbardziej na miejscu, jako że naszym kolejnym rywalem był Walter, a więc zespół, który słabiutko rozpoczął rozgrywki. Zero punktów na koncie tej drużyny zapowiadało mecz do jednej bramki i wysokie zwycięstwo wybornie dysponowanych Unistów.
Przed tym spotkaniem "Praszczur" skrycie dowcipkował, że piłkarze Jaskółek muszą zrobić porządny rachunek sumienia, przejść przez gęste sito surowych sprawdzeń, bo rodowód rywala tego niewątpliwie wymagał. Tylko piłkarze nie mający niczego na sumieniu mogli być według niego dopuszczeni do rywalizacji z Walterem.
Powtarzane po kątach anegdotki Praszczura nawiązywały do tego, że korzenie gości tkwiły w Milicyjnym Klubie Sportowym "Spartak", z którego wykluł się "Szturmowiec" /działał w strukturach Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego/, potem "Gwardia", by ostatecznie dotrzeć do nazwy WKS Walter, która z kolei nawiązywała do osoby Świerczewskiego /pseudonim "Walter"/, znanego komunistycznego działacza i generała.
W czasach bardziej "nowożytnych" tradycje Klubu kontynuowało m.in. Policyjne Towarzystwo Sportowe "Walter" - mieli sukcesy w judo,w badmintonie, strzelectwie sportowym, boksie i brydżu sportowym.
Były też i chude lata, kiedy to Walter walczył o zachowanie hali, trenował mimo braku ciepłej wody i odciętych mediów, aż pomocną dłoń wyciągnęła ku niemu Marma Rzeszów. Jednak czasy świetności sekcji piłkarskiej pozostały już tylko w pamięci najstarszych Rzeszowian.
Znajomy z Rzeszowa mówił mi kiedyś, że zmieniła się jakby ocena źródła nazwy Klubu i w wyniku badań archeologiczych uznano, że nawiązywała ona nie do osoby generała Karola Świerczewskiego, ale do nazwy broni - Walther.
18 kwietnia 1959 r., na mecz z Walterem, Jaskółki wybiegły w składzie: Czekanowski,Tyliszczak, Białas, Palemba, Guzy, Nowak, Leśniak, Czarnecki, Rusinek, Dubiel, Spodzieja. Nadal niedysponowanego Witka zastąpił Henryk Leśniak; widać było, że trener miał pewne kłopoty z zagospodarowaniem pozycji po chorym Witku.
Zastąpić jednego z podstawowych graczy Unii nie było łatwo i niestety, ale i Leśniakowi w tym meczu sztuka ta się nie udała. Miano do niego pretensje, że swoim występem nie nawiązał do klasy chorego kolegi.
To jest tak, że faktycznie apetyt rośnie w miarę jedzenia. Kibice Unii - podczas meczu - a publikatory już po nim, narzekały jeszcze na wiele innych rzeczy, zapominając o kilku drobnostkach, a przede wszystkim o tym, że Unia była beniaminkiem i o tym, że grała w II lidze, a był to wówczas drugi poziom rozgrywek piłkarskich w Polsce !. Tak na marginesie: były dwie grupy II ligi - Północna i Południowa. Jak się łatwo domyślić, Unia została przypisana do grupy Południowej. W Północnej występowały tak renomowane zespoły, jak choćby: Lech Poznań, Śląsk Wrocław, Arkonia Szczecin, Polonia Warszawa, czy Warta Poznań. Do najwyższej klasy rozgrywkowej awansowali zwycięzcy obu grup, do III ligi spadały 2 ostatnie zespoły. Zwycięzcy poszczególnych gier otrzymywali 2 punkty, remis oznaczał przyznanie po 1 pkt.
Kibice jakby tracili to z oczu i podczas meczu z Walterem narzekali, a to na niedokładne rozgrywanie piłki przez defensywę Jaskółek, a to nie podobało się nadmierne kiwanie Rusinka, który faktycznie w tym meczu jakby zapominał na czym polega gra zespołowa, a to na słabe tempo i ... dziesiątki innych drobnych już mankamentów, które pojawiły się w grze gospodarzy.
A przecież mecz zaczął się niczym najpiękniejszy sen !.
Jeszcze kibice nie zdążyli rozłożyć gazet, jako podkładek na stadionowej "prostej", jeszcze nie zdążyli ocenić wyjściowego składu Jaskółek, a co poniektórzy nie zdążyli pewnie jeszcze odwinąć pieczołowicie upchanych w kieszenie marynarek bidonów z herbatą, gdy... gdy można było już z całych sił krzyczeć: gooool !.
Tak, tak - Dubiel już w 1 minucie spotkania zdobył prowadzenie dla Unii !!!. Radości i wrzawy było co niemiara, a na stadionie rozpoczęło się snucie domysłów, ile to jeszcze goli Unia zaaplikuje Walterowi. Szybko zdobyty gol może wywołać, w największym uproszczeniu, dwojakiego rodzaju skutki - albo niesionych na skrzydłach piłkarzy usposobi do szybkiego podwyższenia rezultatu, albo wprowadzi drużynę w stan błogiego samozadowolenia.
Unia odnalazła się i zdecydowanie lepiej poczuła w stanie błogości. Rzeczywiście od momentu zdobycia gola brakowało szybkich akcji, piłka była rozgrywana sennie, w sposób łatwy do rozszyfrowania. Atak pokazywał co to znaczy tzw. "szkoła krakowska" futbolu, motając się w podania, jak to mówił Kazimierz Górski, według schematu: "Ty do mnie, ja do Ciebie", było wiele nazbyt koronkowych akcji, którym brakowało wykończenia. Napastnicy uznali, że nadarzyła się okazja do podreperowania własnego konta bramkowego i wdawali się w dryblingi, dryblingi, dryblingi, które jednak tym razem efektu nie przynosiły.
Spłoszony Walter /a może Walther/skomasował swoją obronę i indywidualnie trudno było się przez nią przebić. Zbyt dużo akcji "szło"
środkiem boiska, a na dodatek i atak miał w tym dniu dziury, jako że i Spodzieja grał w sposób niezbyt przekonywujący.
Tak to jest, że jak zespół sam wybije się z rytmu, to później niekiedy trudno jest zaskoczyć na normalne obroty. Odczuł to słabiej poczynający sobie w tym meczu Rusinek, który pod koniec spotkania otrzymał dzięki podaniom kolegów, aż dwie znakomite okazje na podwyższenie wyniku.
Rzadko mu się dotychczas zdarzało, aby po takich "setkach" podnosił ręce do góry tylko po to, aby złapać się za głowę, wcześniej najczęściej podnosił je w gestach radości. No cóż, czasem i najlepszy musi złapać się za głowę, czasem nawet i dwa razy.
Unia w tym meczu nie zdobyła już więcej goli, a że sztuka ta nie udała się i Walterowi, Jaskółki wygrały kolejny II - ligowy pojedynek 1:0 /1: 0/ !!!.
Gwoli historycznej prawdy dodać należy, że nazajutrz niektóre media pochwaliły za poziom gry Tyliszczaka. Obiektywnie również stwierdzić należy, że mimo wszystkich wskazanych mankamentów, zwycięstwo przypadło Unii w sposób jak najbardziej zasłużony, była ona zespołem lepszym i miała w tym meczu przewagę.
W pozostałych spotkaniach tej kolejki padły następujące rezultaty:
Stal Sosnowiec - Szombierki Bytom 2:1;
Legia Krosno - Unia Racibórz 1:1;
Stal Rzeszów -Naprzód Lipiny 1:1;
Wawel Kraków - Piast Gliwice 2:0;
Stal Mielec - Concordia Knurów 2:0.
TABELA po 5 kolejkach wyglądała jednak wyśmienicie:
1/ Wawel - 9 pkt
2/ UNIA TARNÓW - 8 pkt
3/ - 4/ Stal Sosnowiec i Mielec - po 7 pkt
5/ Concordia - 6 pkt
6/ -7/ Naprzód i Unia Racibórz - po 5 pkt
8/ - 9/ - 10/ Piast, Stal Rzeszów oraz Legia po 4 pkt
11/ Szombierki - 1 pkt
12/ Walter - 0 pkt.
1959r. - II liga.
5 kolejka - UNIA TARNÓW - WALTER RZESZÓW.
Pełne optymizmu zapowiedzi Trenera były jak najbardziej na miejscu, jako że naszym kolejnym rywalem był Walter, a więc zespół, który słabiutko rozpoczął rozgrywki. Zero punktów na koncie tej drużyny zapowiadało mecz do jednej bramki i wysokie zwycięstwo wybornie dysponowanych Unistów.
Przed tym spotkaniem "Praszczur" skrycie dowcipkował, że piłkarze Jaskółek muszą zrobić porządny rachunek sumienia, przejść przez gęste sito surowych sprawdzeń, bo rodowód rywala tego niewątpliwie wymagał. Tylko piłkarze nie mający niczego na sumieniu mogli być według niego dopuszczeni do rywalizacji z Walterem.
Powtarzane po kątach anegdotki Praszczura nawiązywały do tego, że korzenie gości tkwiły w Milicyjnym Klubie Sportowym "Spartak", z którego wykluł się "Szturmowiec" /działał w strukturach Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego/, potem "Gwardia", by ostatecznie dotrzeć do nazwy WKS Walter, która z kolei nawiązywała do osoby Świerczewskiego /pseudonim "Walter"/, znanego komunistycznego działacza i generała.
W czasach bardziej "nowożytnych" tradycje Klubu kontynuowało m.in. Policyjne Towarzystwo Sportowe "Walter" - mieli sukcesy w judo,w badmintonie, strzelectwie sportowym, boksie i brydżu sportowym.
Były też i chude lata, kiedy to Walter walczył o zachowanie hali, trenował mimo braku ciepłej wody i odciętych mediów, aż pomocną dłoń wyciągnęła ku niemu Marma Rzeszów. Jednak czasy świetności sekcji piłkarskiej pozostały już tylko w pamięci najstarszych Rzeszowian.
Znajomy z Rzeszowa mówił mi kiedyś, że zmieniła się jakby ocena źródła nazwy Klubu i w wyniku badań archeologiczych uznano, że nawiązywała ona nie do osoby generała Karola Świerczewskiego, ale do nazwy broni - Walther.
18 kwietnia 1959 r., na mecz z Walterem, Jaskółki wybiegły w składzie: Czekanowski,Tyliszczak, Białas, Palemba, Guzy, Nowak, Leśniak, Czarnecki, Rusinek, Dubiel, Spodzieja. Nadal niedysponowanego Witka zastąpił Henryk Leśniak; widać było, że trener miał pewne kłopoty z zagospodarowaniem pozycji po chorym Witku.
Zastąpić jednego z podstawowych graczy Unii nie było łatwo i niestety, ale i Leśniakowi w tym meczu sztuka ta się nie udała. Miano do niego pretensje, że swoim występem nie nawiązał do klasy chorego kolegi.
To jest tak, że faktycznie apetyt rośnie w miarę jedzenia. Kibice Unii - podczas meczu - a publikatory już po nim, narzekały jeszcze na wiele innych rzeczy, zapominając o kilku drobnostkach, a przede wszystkim o tym, że Unia była beniaminkiem i o tym, że grała w II lidze, a był to wówczas drugi poziom rozgrywek piłkarskich w Polsce !. Tak na marginesie: były dwie grupy II ligi - Północna i Południowa. Jak się łatwo domyślić, Unia została przypisana do grupy Południowej. W Północnej występowały tak renomowane zespoły, jak choćby: Lech Poznań, Śląsk Wrocław, Arkonia Szczecin, Polonia Warszawa, czy Warta Poznań. Do najwyższej klasy rozgrywkowej awansowali zwycięzcy obu grup, do III ligi spadały 2 ostatnie zespoły. Zwycięzcy poszczególnych gier otrzymywali 2 punkty, remis oznaczał przyznanie po 1 pkt.
Kibice jakby tracili to z oczu i podczas meczu z Walterem narzekali, a to na niedokładne rozgrywanie piłki przez defensywę Jaskółek, a to nie podobało się nadmierne kiwanie Rusinka, który faktycznie w tym meczu jakby zapominał na czym polega gra zespołowa, a to na słabe tempo i ... dziesiątki innych drobnych już mankamentów, które pojawiły się w grze gospodarzy.
A przecież mecz zaczął się niczym najpiękniejszy sen !.
Jeszcze kibice nie zdążyli rozłożyć gazet, jako podkładek na stadionowej "prostej", jeszcze nie zdążyli ocenić wyjściowego składu Jaskółek, a co poniektórzy nie zdążyli pewnie jeszcze odwinąć pieczołowicie upchanych w kieszenie marynarek bidonów z herbatą, gdy... gdy można było już z całych sił krzyczeć: gooool !.
Tak, tak - Dubiel już w 1 minucie spotkania zdobył prowadzenie dla Unii !!!. Radości i wrzawy było co niemiara, a na stadionie rozpoczęło się snucie domysłów, ile to jeszcze goli Unia zaaplikuje Walterowi. Szybko zdobyty gol może wywołać, w największym uproszczeniu, dwojakiego rodzaju skutki - albo niesionych na skrzydłach piłkarzy usposobi do szybkiego podwyższenia rezultatu, albo wprowadzi drużynę w stan błogiego samozadowolenia.
Unia odnalazła się i zdecydowanie lepiej poczuła w stanie błogości. Rzeczywiście od momentu zdobycia gola brakowało szybkich akcji, piłka była rozgrywana sennie, w sposób łatwy do rozszyfrowania. Atak pokazywał co to znaczy tzw. "szkoła krakowska" futbolu, motając się w podania, jak to mówił Kazimierz Górski, według schematu: "Ty do mnie, ja do Ciebie", było wiele nazbyt koronkowych akcji, którym brakowało wykończenia. Napastnicy uznali, że nadarzyła się okazja do podreperowania własnego konta bramkowego i wdawali się w dryblingi, dryblingi, dryblingi, które jednak tym razem efektu nie przynosiły.
Spłoszony Walter /a może Walther/skomasował swoją obronę i indywidualnie trudno było się przez nią przebić. Zbyt dużo akcji "szło"
środkiem boiska, a na dodatek i atak miał w tym dniu dziury, jako że i Spodzieja grał w sposób niezbyt przekonywujący.
Tak to jest, że jak zespół sam wybije się z rytmu, to później niekiedy trudno jest zaskoczyć na normalne obroty. Odczuł to słabiej poczynający sobie w tym meczu Rusinek, który pod koniec spotkania otrzymał dzięki podaniom kolegów, aż dwie znakomite okazje na podwyższenie wyniku.
Rzadko mu się dotychczas zdarzało, aby po takich "setkach" podnosił ręce do góry tylko po to, aby złapać się za głowę, wcześniej najczęściej podnosił je w gestach radości. No cóż, czasem i najlepszy musi złapać się za głowę, czasem nawet i dwa razy.
Unia w tym meczu nie zdobyła już więcej goli, a że sztuka ta nie udała się i Walterowi, Jaskółki wygrały kolejny II - ligowy pojedynek 1:0 /1: 0/ !!!.
Gwoli historycznej prawdy dodać należy, że nazajutrz niektóre media pochwaliły za poziom gry Tyliszczaka. Obiektywnie również stwierdzić należy, że mimo wszystkich wskazanych mankamentów, zwycięstwo przypadło Unii w sposób jak najbardziej zasłużony, była ona zespołem lepszym i miała w tym meczu przewagę.
W pozostałych spotkaniach tej kolejki padły następujące rezultaty:
Stal Sosnowiec - Szombierki Bytom 2:1;
Legia Krosno - Unia Racibórz 1:1;
Stal Rzeszów -Naprzód Lipiny 1:1;
Wawel Kraków - Piast Gliwice 2:0;
Stal Mielec - Concordia Knurów 2:0.
TABELA po 5 kolejkach wyglądała jednak wyśmienicie:
1/ Wawel - 9 pkt
2/ UNIA TARNÓW - 8 pkt
3/ - 4/ Stal Sosnowiec i Mielec - po 7 pkt
5/ Concordia - 6 pkt
6/ -7/ Naprzód i Unia Racibórz - po 5 pkt
8/ - 9/ - 10/ Piast, Stal Rzeszów oraz Legia po 4 pkt
11/ Szombierki - 1 pkt
12/ Walter - 0 pkt.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - część 10.
1959r. - II liga.
SPOTKANIE TOWARZYSKIE: UNIA - Reprezentacja Ludowych Zespołów Sportowych okręgu krakowskiego.
Jak widać Trener był zwolennikiem utrzymywania formy drużyny poprzez gry towarzyskie. Tym razem jednak dobór sparingpartnera wywołał pewne zdziwienie wśród Kibiców, a już na pewno u "Praszczura", co wynikało z jego zapisku. Unię czekał bowiem szlagierowy pojedynek ze Stalą Sosnowiec /późniejsza nazwa: Zagłębie Sosnowiec/. Zakładać należało, że ciężar gry w tym konkretnym ligowym meczu będzie spoczywał na naszej defensywie. Czekała ją ciężka próba. "Praszczur" spodziewał się więc, że w spotkaniu towarzyskim powalczymy z drużyną, która przeegzaminuje obronę Jaskółek. A tu przyszło nam grać z typowym "chłopcem do bicia". Reprezentacja LZS znakomicie wczuła się w rolę "chłopca do bicia" i mecz zamienił się w festiwal bramek, a te padały niczym z rogu obfitości. Szczególnie błysnął Czarnecki, który aż 4 razy umieszczał piłkę w siatce rywali, po jednym trafieniu zaliczyli powracający po chorobie do drużyny i do formy Witek, dalej: Spodzieja i Palemba. Wygrana 7:0 ze słabym rywalem nie pozwalała jednak na popadanie w samouwielbienie.
Co też siedziało w głowie Trenera przed ligowym meczem i czy nie pomylił się w swoich rachubach, wybierając LZS za rywala ?. Czyżby Unia szykowała jakąś taktyczną niespodziankę dla Stali ?! - o tym dowiemy się już z kolejnego odcinka "Historii".
1959r. - II liga.
SPOTKANIE TOWARZYSKIE: UNIA - Reprezentacja Ludowych Zespołów Sportowych okręgu krakowskiego.
Jak widać Trener był zwolennikiem utrzymywania formy drużyny poprzez gry towarzyskie. Tym razem jednak dobór sparingpartnera wywołał pewne zdziwienie wśród Kibiców, a już na pewno u "Praszczura", co wynikało z jego zapisku. Unię czekał bowiem szlagierowy pojedynek ze Stalą Sosnowiec /późniejsza nazwa: Zagłębie Sosnowiec/. Zakładać należało, że ciężar gry w tym konkretnym ligowym meczu będzie spoczywał na naszej defensywie. Czekała ją ciężka próba. "Praszczur" spodziewał się więc, że w spotkaniu towarzyskim powalczymy z drużyną, która przeegzaminuje obronę Jaskółek. A tu przyszło nam grać z typowym "chłopcem do bicia". Reprezentacja LZS znakomicie wczuła się w rolę "chłopca do bicia" i mecz zamienił się w festiwal bramek, a te padały niczym z rogu obfitości. Szczególnie błysnął Czarnecki, który aż 4 razy umieszczał piłkę w siatce rywali, po jednym trafieniu zaliczyli powracający po chorobie do drużyny i do formy Witek, dalej: Spodzieja i Palemba. Wygrana 7:0 ze słabym rywalem nie pozwalała jednak na popadanie w samouwielbienie.
Co też siedziało w głowie Trenera przed ligowym meczem i czy nie pomylił się w swoich rachubach, wybierając LZS za rywala ?. Czyżby Unia szykowała jakąś taktyczną niespodziankę dla Stali ?! - o tym dowiemy się już z kolejnego odcinka "Historii".
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - część 11.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
6 kolejka - STAL SOSNOWIEC - UNIA TARNÓW
Rywal Jaskółek miał już na swoim koncie godne podkreślenia sukcesy.
Zaledwie 4 lata wcześniej drużyna ta została wicemistrzem Polski i to w pierwszym roku swoich występów w najwyższej klasie rozgrywkowej !. Co prawda 1 rok wcześniej Stal opuściła szeregi I ligii, ale nie kryła apetytu na szybki powrót do grona najlepszych !.
Byli do tego przygotowani także pod względem infrastruktury. W 1956 r. w Sosnowcu wzniesiono stadion, którego pojemność w tamtych latach oceniano na około 30 tysięcy widzów !. Inuguracyjny mecz I ligi z zespołem Gwardii Bydgoszcz, oglądnęło tam podobno 40 tysięcy
kibiców !. Porównajmy 1956 r. w Sosnowcu, z tym, co wyprawiało się wokół tzw. "stadionu" w Mościcach przez przełom XX i XXI wieku. Albo lepiej nie porównujmy, bo nie ma czego porównywać.
W barwach Stali miał zagrać piłkarz, którego pseudonimy "Prezes", "Król", mówiły wszystko za siebie. Jeśli nie mówiły, to wystarczy dodać, że zawodnik ten walnie przyczynił się do zdobycia tytułu wicemistrza kraju przez Jego zespół. Zresztą niewiele brakowało, by wprowadził drużynę na najwyższy stopień podium. W decydującym o tytule mistrza Polski meczu z warszawską Legią /wówczas CWKS/, strzelił gola na miarę tytułu już w 30 sekundzie spotkania /!/, ale Legia wkrótce wyrównała i to ona przywdziała koronę, wyprzedzając Stal zaledwie 1 punktem.
Jeśli i to nie robi wrażenia, to dodam, że zawodnik ten miał już w swojej kolekcji jeszcze jeden srebrny medal w mistrzostwach kraju, zdobyty w barwach Wawelu Kraków, w którym odbywał służbę wojskową. Wówczas to już w swoim pierwszoligowym debiucie strzelił gola samej Legii Warszawa !.
Jeszcze mało ? - no dobrze, to dorzucę, że był 3 - krotnym reprezentantem Polski, jako że w 1955 r. zagrał w spotkaniach międzypaństwowych z NRD /Niemiecką Republiką Demokratyczną/, Węgrami i Norwegią.
Poza tym zagrał także 3 razy w meczach reprezentacji Polski „B”. Zresztą mecz z Unią nie oznaczał dla niego schyłku kariery, jako że w latach 60 - tych jeszcze 2 -krotnie w barwach Stali, zdobywał Puchar Polski i kolejny tytuł drużynowego wicemistrza naszego kraju. Podczas całej swojej kariery zdobył dla Stali prawie 200 goli !.
Podgrzewając przedmeczową atmosferę dodam, że podczas meczu, który za chwilę opiszę, piłkarze Jaskółek omal że nie zlinczowali tego świetnego snajpera. Ponoć niewiele brakowało, a mielibyśmy niezły pasztet /dyscyplinarny, a nie z piłkarza gospodarzy/ !.
Czas na ujawnienie Jego nazwiska. Zwał się Czesław Uznański i długo pamiętał epizod, w wyniku którego, na oczach wielbiącej go, miejscowej publiczności, musiał salwować się ucieczką z naszego pola karnego przed rozsierdzonymi do granic możliwości piłkarzami Unii.
Od pierwszych minut meczu ze Stalą rozgorzała mordercza walka. Nikt się nie oszczędzał.
Unia postanowiła zagrać odważnie. To było tak: strzał za strzał, akcja za akcję, wślizg za wślizg. Z czasem doszło do rzeczy niespodziewanej. Jakaś niesamowita bojowość Unistów sprawiła, że Stal zaczęła mięknąć, niczym w martenowskim piecu. Unia uzyskała przewagę w polu !. Kibice z Tarnowa zrozumieli, po co trener Skoraczyński zaaplikował swoim podopiecznym solidny trening strzelecki w meczu towarzyskim z LZS.
W spotkaniu z o niebo lepszym przeciwnikiem Unia prowadziła otwartą, bojową i prawdziwie męską grę !.
Ale goli nie było. Piłka mijała minimalnie bramkę Stali, albo stawała się łupem jej bramkarza.
Trzeba było jednak mieć się cały czas na baczności, gra była szybka, piłka mogła w każdym momencie znaleźć się na przeciwległym krańcu boiska.
W 31 minucie rozpędzone Jaskółki pozostawiają na moment nieobstawionego Ząbczyńskiego. Czekanowski coś krzyczy, widzi nadciągające niebezpieczeństwo.
Uniści próbują jeszcze ratować sytuację i złapać gracza Stali na "spalonego". Ale dogodne ustawienie Ząbczyńskiego dostrzega też Jego partner z drużyny Smitowski, szybka decyzja, podkręcona piłka ląduje idealnie przed Ząbczyńskim, strzał, gol !!!!.
Niestety, ale przegrywamy 0 : 1.
Takim też wynikiem kończy się pierwsza połowa tego emocjonującego widowiska.
Schodzących na przerwę piłkarzy żegnają gromkie brawa. Wszyscy mają świadomość, że wynik tego meczu pozostaje sprawą otwartą. Gra Unii znowu zostaje skomplementowana, cdn.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
6 kolejka - STAL SOSNOWIEC - UNIA TARNÓW
Rywal Jaskółek miał już na swoim koncie godne podkreślenia sukcesy.
Zaledwie 4 lata wcześniej drużyna ta została wicemistrzem Polski i to w pierwszym roku swoich występów w najwyższej klasie rozgrywkowej !. Co prawda 1 rok wcześniej Stal opuściła szeregi I ligii, ale nie kryła apetytu na szybki powrót do grona najlepszych !.
Byli do tego przygotowani także pod względem infrastruktury. W 1956 r. w Sosnowcu wzniesiono stadion, którego pojemność w tamtych latach oceniano na około 30 tysięcy widzów !. Inuguracyjny mecz I ligi z zespołem Gwardii Bydgoszcz, oglądnęło tam podobno 40 tysięcy
kibiców !. Porównajmy 1956 r. w Sosnowcu, z tym, co wyprawiało się wokół tzw. "stadionu" w Mościcach przez przełom XX i XXI wieku. Albo lepiej nie porównujmy, bo nie ma czego porównywać.
W barwach Stali miał zagrać piłkarz, którego pseudonimy "Prezes", "Król", mówiły wszystko za siebie. Jeśli nie mówiły, to wystarczy dodać, że zawodnik ten walnie przyczynił się do zdobycia tytułu wicemistrza kraju przez Jego zespół. Zresztą niewiele brakowało, by wprowadził drużynę na najwyższy stopień podium. W decydującym o tytule mistrza Polski meczu z warszawską Legią /wówczas CWKS/, strzelił gola na miarę tytułu już w 30 sekundzie spotkania /!/, ale Legia wkrótce wyrównała i to ona przywdziała koronę, wyprzedzając Stal zaledwie 1 punktem.
Jeśli i to nie robi wrażenia, to dodam, że zawodnik ten miał już w swojej kolekcji jeszcze jeden srebrny medal w mistrzostwach kraju, zdobyty w barwach Wawelu Kraków, w którym odbywał służbę wojskową. Wówczas to już w swoim pierwszoligowym debiucie strzelił gola samej Legii Warszawa !.
Jeszcze mało ? - no dobrze, to dorzucę, że był 3 - krotnym reprezentantem Polski, jako że w 1955 r. zagrał w spotkaniach międzypaństwowych z NRD /Niemiecką Republiką Demokratyczną/, Węgrami i Norwegią.
Poza tym zagrał także 3 razy w meczach reprezentacji Polski „B”. Zresztą mecz z Unią nie oznaczał dla niego schyłku kariery, jako że w latach 60 - tych jeszcze 2 -krotnie w barwach Stali, zdobywał Puchar Polski i kolejny tytuł drużynowego wicemistrza naszego kraju. Podczas całej swojej kariery zdobył dla Stali prawie 200 goli !.
Podgrzewając przedmeczową atmosferę dodam, że podczas meczu, który za chwilę opiszę, piłkarze Jaskółek omal że nie zlinczowali tego świetnego snajpera. Ponoć niewiele brakowało, a mielibyśmy niezły pasztet /dyscyplinarny, a nie z piłkarza gospodarzy/ !.
Czas na ujawnienie Jego nazwiska. Zwał się Czesław Uznański i długo pamiętał epizod, w wyniku którego, na oczach wielbiącej go, miejscowej publiczności, musiał salwować się ucieczką z naszego pola karnego przed rozsierdzonymi do granic możliwości piłkarzami Unii.
Od pierwszych minut meczu ze Stalą rozgorzała mordercza walka. Nikt się nie oszczędzał.
Unia postanowiła zagrać odważnie. To było tak: strzał za strzał, akcja za akcję, wślizg za wślizg. Z czasem doszło do rzeczy niespodziewanej. Jakaś niesamowita bojowość Unistów sprawiła, że Stal zaczęła mięknąć, niczym w martenowskim piecu. Unia uzyskała przewagę w polu !. Kibice z Tarnowa zrozumieli, po co trener Skoraczyński zaaplikował swoim podopiecznym solidny trening strzelecki w meczu towarzyskim z LZS.
W spotkaniu z o niebo lepszym przeciwnikiem Unia prowadziła otwartą, bojową i prawdziwie męską grę !.
Ale goli nie było. Piłka mijała minimalnie bramkę Stali, albo stawała się łupem jej bramkarza.
Trzeba było jednak mieć się cały czas na baczności, gra była szybka, piłka mogła w każdym momencie znaleźć się na przeciwległym krańcu boiska.
W 31 minucie rozpędzone Jaskółki pozostawiają na moment nieobstawionego Ząbczyńskiego. Czekanowski coś krzyczy, widzi nadciągające niebezpieczeństwo.
Uniści próbują jeszcze ratować sytuację i złapać gracza Stali na "spalonego". Ale dogodne ustawienie Ząbczyńskiego dostrzega też Jego partner z drużyny Smitowski, szybka decyzja, podkręcona piłka ląduje idealnie przed Ząbczyńskim, strzał, gol !!!!.
Niestety, ale przegrywamy 0 : 1.
Takim też wynikiem kończy się pierwsza połowa tego emocjonującego widowiska.
Schodzących na przerwę piłkarzy żegnają gromkie brawa. Wszyscy mają świadomość, że wynik tego meczu pozostaje sprawą otwartą. Gra Unii znowu zostaje skomplementowana, cdn.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - część 12.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
6 kolejka - STAL SOSNOWIEC - UNIA TARNÓW -cd. - II POŁOWA.
Po przerwie obraz gry nie ulega zmianie - Unia zadziwia wszystkich swoją postawą !. Beniaminek stawia twarde warunki pretendentowi do awansu.
Aż nadchodzi 60 minuta. Jakieś niegroźne dośrodkowanie, jakieś zamieszanie pod bramką Czekanowskiego, przepychanki, ktoś coś krzyczy, ktoś się przewraca, sędzia nie ma ułatwionego zadania, piłkę raz po raz zasłaniają mu zawodnicy kotłujący się na naszym przedpolu bramkowym.
Wreszcie do chwilowo bezpańskiej piłki dopada Uznański, strzela i ufff !!!, możemy odetchnąć - Czekanowski jest na posterunku, wyłapuje strzał !. Mocno przyciska piłkę do piersi, niebezpieczeństwo zostaje zażegnane !.
Ale cóż to ? - stary wyga Uznański i wspierający Go Ciszka nie kończą akcji, napierają na Czekanowskiego, krok po kroku wpychają go wraz z piłką poza linię bramkową. Wszystko to dzieje się w ułamkach sekund.
Wreszcie zdezorientowany Czekanowski ląduje wraz z piłką w swojej bramce !. Gwizdek sędziego. Ufff !. Można po raz kolejny odetchnąć !!!
Wolny dla Unii. Ale co to się dzieje, cóż to oznacza ?! - ręka sędziego Raczkowskiego z Lublina wskazuje ... środek boiska !!!.Gol zostaje uznany - jest 2:0 dla Stali !!!. Słynna ręka Maradony przy tym przypadku z Sosnowca to mały pikuś.
Uznański i Ciszek wieją z naszego pola karnego niczym rącze jelenie, a szybkości ich ruchom dodaje bynajmniej nie radość ze zdobytego gola, ale goniący ich obrońcy Unii z Czekanowskim na czele. Na szczęście nie dopadli ich, przyszło opamiętanie /kibice Unii później żartowali, że trener Skoraczyński po tym meczu ćwiczył z Czekanowskim i obrońcami sprinty, coby większą skuteczność im wpoić w pogoni za umykającym rywalem, ale to była oczywiście anegdotka, mająca na celu rozładowanie złości i frustracji po tym niefortunnym dla nas zdarzeniu/ .
Niestety, ale sędzia spotkania pozostał niewzruszony na krzyki i protesty Unistów i nie zmienił swojej krzywdzącej nas decyzji. I nie była to tylko odosobniona uwaga "Praszczura". Na drugi dzień niektóre gazety również doniosły, że Czekanowski został nieprzepisowo wepchnięty do bramki wraz z piłką, a sędzia winien odgwizdać rzut wolny dla Jaskółek !.
Po utracie gola w takich okolicznościach każdy zespół miał prawo się załamać. Ale nie Unia !. W Unię wstąpiła furia. Zespół, jak jeden mąż, całą swoją złość przelał na grę.
Unia szalała, by zdobyć przynajmniej honorowego gola !, a bezpośredni obserwatorzy tego meczu, których relacjami dysponuję, opowiadali, że w języku polskim nie ma określenia, które oddawałoby wolę walki Unistów z tej fazy meczu.
Ponoć niektórzy głośno dopominali się, by trener przywiązał Władysława /Czekanowskiego/ do słupka naszej bramki, bo ten wyraźnie wyrywał się do przodu - nie wiadomo było tylko, czy po to by złowić gola, czy też po to, by złowić Uznańskiego.
Trzeba jednak obiektywnie dodać, że i Stal nieco zmieniła taktykę, już rzadziej bawiła na naszym przedpolu, a jej gracze, w tym zwłaszcza wspomniany strzelec drugiego gola, dziwnie szerokim łukiem omijali świątynię Czekanowskiego.
Tym razem jednak sprawiedliwości nie stało się zadość - Unia w tym meczu gola nie zdobyła !.
To emocjonujące spotkanie zakończyło się ostatecznie wygraną Stali 2 : 0. Sosnowiecka publiczność na stojąco podziękowała także Jaskółkom za stworzenie pięknego widowiska, ale to była jedyna osłoda po tym przegranym meczu.
Kibice Unii znacząco żegnali piłkarzy Stali: "do zobaczenia w Mościcach !".
No, może pozostała jeszcze jedna osłoda: Unia pokazała odważny, szybki i stojący na dobrym poziomie futbol i napędziła niemało strachu faworyzowanym gospodarzom !!!.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
6 kolejka - STAL SOSNOWIEC - UNIA TARNÓW -cd. - II POŁOWA.
Po przerwie obraz gry nie ulega zmianie - Unia zadziwia wszystkich swoją postawą !. Beniaminek stawia twarde warunki pretendentowi do awansu.
Aż nadchodzi 60 minuta. Jakieś niegroźne dośrodkowanie, jakieś zamieszanie pod bramką Czekanowskiego, przepychanki, ktoś coś krzyczy, ktoś się przewraca, sędzia nie ma ułatwionego zadania, piłkę raz po raz zasłaniają mu zawodnicy kotłujący się na naszym przedpolu bramkowym.
Wreszcie do chwilowo bezpańskiej piłki dopada Uznański, strzela i ufff !!!, możemy odetchnąć - Czekanowski jest na posterunku, wyłapuje strzał !. Mocno przyciska piłkę do piersi, niebezpieczeństwo zostaje zażegnane !.
Ale cóż to ? - stary wyga Uznański i wspierający Go Ciszka nie kończą akcji, napierają na Czekanowskiego, krok po kroku wpychają go wraz z piłką poza linię bramkową. Wszystko to dzieje się w ułamkach sekund.
Wreszcie zdezorientowany Czekanowski ląduje wraz z piłką w swojej bramce !. Gwizdek sędziego. Ufff !. Można po raz kolejny odetchnąć !!!
Wolny dla Unii. Ale co to się dzieje, cóż to oznacza ?! - ręka sędziego Raczkowskiego z Lublina wskazuje ... środek boiska !!!.Gol zostaje uznany - jest 2:0 dla Stali !!!. Słynna ręka Maradony przy tym przypadku z Sosnowca to mały pikuś.
Uznański i Ciszek wieją z naszego pola karnego niczym rącze jelenie, a szybkości ich ruchom dodaje bynajmniej nie radość ze zdobytego gola, ale goniący ich obrońcy Unii z Czekanowskim na czele. Na szczęście nie dopadli ich, przyszło opamiętanie /kibice Unii później żartowali, że trener Skoraczyński po tym meczu ćwiczył z Czekanowskim i obrońcami sprinty, coby większą skuteczność im wpoić w pogoni za umykającym rywalem, ale to była oczywiście anegdotka, mająca na celu rozładowanie złości i frustracji po tym niefortunnym dla nas zdarzeniu/ .
Niestety, ale sędzia spotkania pozostał niewzruszony na krzyki i protesty Unistów i nie zmienił swojej krzywdzącej nas decyzji. I nie była to tylko odosobniona uwaga "Praszczura". Na drugi dzień niektóre gazety również doniosły, że Czekanowski został nieprzepisowo wepchnięty do bramki wraz z piłką, a sędzia winien odgwizdać rzut wolny dla Jaskółek !.
Po utracie gola w takich okolicznościach każdy zespół miał prawo się załamać. Ale nie Unia !. W Unię wstąpiła furia. Zespół, jak jeden mąż, całą swoją złość przelał na grę.
Unia szalała, by zdobyć przynajmniej honorowego gola !, a bezpośredni obserwatorzy tego meczu, których relacjami dysponuję, opowiadali, że w języku polskim nie ma określenia, które oddawałoby wolę walki Unistów z tej fazy meczu.
Ponoć niektórzy głośno dopominali się, by trener przywiązał Władysława /Czekanowskiego/ do słupka naszej bramki, bo ten wyraźnie wyrywał się do przodu - nie wiadomo było tylko, czy po to by złowić gola, czy też po to, by złowić Uznańskiego.
Trzeba jednak obiektywnie dodać, że i Stal nieco zmieniła taktykę, już rzadziej bawiła na naszym przedpolu, a jej gracze, w tym zwłaszcza wspomniany strzelec drugiego gola, dziwnie szerokim łukiem omijali świątynię Czekanowskiego.
Tym razem jednak sprawiedliwości nie stało się zadość - Unia w tym meczu gola nie zdobyła !.
To emocjonujące spotkanie zakończyło się ostatecznie wygraną Stali 2 : 0. Sosnowiecka publiczność na stojąco podziękowała także Jaskółkom za stworzenie pięknego widowiska, ale to była jedyna osłoda po tym przegranym meczu.
Kibice Unii znacząco żegnali piłkarzy Stali: "do zobaczenia w Mościcach !".
No, może pozostała jeszcze jedna osłoda: Unia pokazała odważny, szybki i stojący na dobrym poziomie futbol i napędziła niemało strachu faworyzowanym gospodarzom !!!.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
Ogłaszam krótką przerwę we wspominkach /do soboty/niedzieli/, pozdrawiam JzK.
Muszę poczekać na powrót "Praszczura" ze Sosnowca, a ponieważ jest rok 1959 to nie jest to takie do końca proste
Muszę poczekać na powrót "Praszczura" ze Sosnowca, a ponieważ jest rok 1959 to nie jest to takie do końca proste
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - część 13.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
PODSUMOWANIE 6 KOLEJKI
W pozostałych meczach 6 kolejki Naprzód Lipiny wygrał z Wawelem 1:0, Unia Racibórz rozgromiła Szombierki Bytom 4:0, Piast Gliwice wygrał ze Stalą Mielec 2:1, w derbach Rzeszowa Walter stawił opór Stali i nic ponadto, jako że zgodnie z prognozami przegrał 1:2, wreszcie Concordia Knurów wygrała z Legią Krosno aż 4:1.
Tabeli strzelców II ligi grupy południowej przewodził kolejny obok Lazara uznany snajper z Raciborza: Manfred Urbas z 5 trafieniami. Nieco łamiąc chronologię dodam, że Urbas szczycił się w tamtym okresie trzema pod rząd zwycięstwami w tabeli najlepszych strzelców II ligi /w 1958, 1959 i 1960r !/. Grał w Raciborzu także po awansie do I ligi. Karierę kończył na poziomie I ligi w Odrze Opole. W czołówce byli jeszcze: Jego kolega klubowy - Ginter Michalski oraz Wilczek z Concordii. W Unii najwięcej bramek zaliczył Rusinek /2/ oraz Witek, Guzy i Dubiel /po 1/.
Na marginesie, jako ciekawostkę podam, że liderem strzelców w III lidze był znany nam już Derlaga z Metalu Tarnów z 9 golami na koncie.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
PODSUMOWANIE 6 KOLEJKI
W pozostałych meczach 6 kolejki Naprzód Lipiny wygrał z Wawelem 1:0, Unia Racibórz rozgromiła Szombierki Bytom 4:0, Piast Gliwice wygrał ze Stalą Mielec 2:1, w derbach Rzeszowa Walter stawił opór Stali i nic ponadto, jako że zgodnie z prognozami przegrał 1:2, wreszcie Concordia Knurów wygrała z Legią Krosno aż 4:1.
Tabeli strzelców II ligi grupy południowej przewodził kolejny obok Lazara uznany snajper z Raciborza: Manfred Urbas z 5 trafieniami. Nieco łamiąc chronologię dodam, że Urbas szczycił się w tamtym okresie trzema pod rząd zwycięstwami w tabeli najlepszych strzelców II ligi /w 1958, 1959 i 1960r !/. Grał w Raciborzu także po awansie do I ligi. Karierę kończył na poziomie I ligi w Odrze Opole. W czołówce byli jeszcze: Jego kolega klubowy - Ginter Michalski oraz Wilczek z Concordii. W Unii najwięcej bramek zaliczył Rusinek /2/ oraz Witek, Guzy i Dubiel /po 1/.
Na marginesie, jako ciekawostkę podam, że liderem strzelców w III lidze był znany nam już Derlaga z Metalu Tarnów z 9 golami na koncie.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - część 14.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
7 KOLEJKA
UNIA TARNÓW - NAPRZÓD LIPINY.
Kolejnym przeciwnikiem Jaskółek miał być zespół, któremu ponoć ... zakazano awansu do I ligi. Oczywiście zakaz był nieformalny, nigdy nie został publicznie potwierdzony. Tym zespołem był Naprzód Lipiny /obecnie jedna z dzielnic Świętochłowic/.
Wszystkiemu była ponoć winna sytuacja rodem z ... II wojny światowej !. Jak wiadomo, w tym czasie, za ligową grę w piłkę nożną można było stracić życie. Ale nie na Śląsku !. Tam, jak najbardziej oficjalnie ganiano za "gałą" aż do 1945 r !. Ganiał też w okresie od 1939 do 1945r. i Tum und Sport Lipine /inna nazwa TUS 1883 Lipine/, obok np. FC Kattowitze, czy też TuS Swientochlowitze, że o Hindenburgu nie wspomnę.
W składach tych drużyn grali oczywiście polscy piłkarze, którym niejednokrotnie "przerabiano" nazwiska na bardziej "poprawne".
W konsekwencji tego Polacy zdobywali gole w niemieckiej Gaulidze i w meczach o Puchar Niemiec /Tschammer Pokal - nazwa od nazwiska ministra sportu III Rzeszy/. Wszystko to było wówczas mocno pogmatwane, podobnie jak i życiorysy tamtejszych piłkarzy i ich macierzystych klubów.
Władza Ludowa po 1945 r. nie zapomniała jednak tego i żale działaczy z klubu o już bardziej swojskiej nazwie Stal, a później Naprzód Lipiny, tyczące sekowania ich i blokowania awansu do I ligii pewnie i polegały na prawdzie.
Działacze Naprzodu jeździli ponoć nawet do piłkarskiej centrali w Warszawie, by przełamać tę barierę, a przynajmniej, by złożyć kolejny krytyczny raport na sędziów, którzy według Lipinian solidarnie pilnowali, by przypadkiem zespołowi nie udało się zmylić czujności decydentów.
Faktem jest, że Naprzód miał w składzie świetnych graczy, z reprezentantami kraju i królami strzelców ligi na czele, ale nigdy nie awansował do I ligi, choć grał na wysokim poziomie na jej zapleczu przez kilkanaście lat !.
Jako się rzekło przez lata działalności Klubu, przewinęło się przez Jego szeregi wielu znakomitych zawodników.
Wizytówką tego klubu był m.in. reprezentant Polski, napastnik Józef Kokot, który zdobył pierwszego gola w historii II - go ligowych występów Naprzodu w bodajże 1949 r. Naprzód się nim szczycił, chociaż w reprezentacji zagrał tylko jeden raz - w 1954 r. z Bułgarią. Grał też w barwach Legii Warszawa i ŁKS -u Łódź. Po tych peregrynacjach w 1955 r. powrócił do macierzystego klubu, ale do meczu z Unią już się nie sposobił, albowiem właśnie w opisywanym 1959 r. przeszedł do Górnika Radlin.
"Okrętem flagowym" Naprzodu był jednak Ryszard Piec. Może o Ryszardzie Piecu dotychczas nie słyszeliście, ale myślę, że niejednemu z Was obił się o uszy legendarny już mecz Polski z Brazylią na mistrzostwach świata w 1938 roku. To wtedy aż 4 gole zdobył Ernest Wilimowski, co i tak na niewiele się zdało, bo Brazylia wygrała z nami po dogrywce 6:5. Ryszard Piec zagrał wówczas w podstawowej jedenastce !. W ogóle to przywdziewał biało - czerwony trykot ponad 20 razy ! Oczywiście w 1959 r. już w piłkę nie grał.
Ale skoro już padło nazwisko Wilimowskiego, to nie mogę odpuścić sobie małej dygresji i przytoczę w skrócie Jego historię, jako odpowiednią ilustrację skomplikowanych piłkarskich życiorysów z tamtych lat. Urodził się - jako Ernst Otto Prandella w Katowicach, w czasach, gdy przynależały one do Cesarstwa Niemieckiego. Gdy Górny Śląsk staje się częścią II RP, Wilimowski /to już nazwisko po ojczymie/, staje się obywatelem Polski. Początkowo grał w FC Katowitze, by w połowie lat 30 - tych ubiegłego wieku stać się piłkarzem Ruchu Chorzów /wówczas Hajduków Wielkich/.
Kapitalny łącznik, wspaniały łowca goli, zawodnik o nienagannej technice.
W barwach Ruchu zdarzyło Mu się strzelić i 10 goli w jednym ligowym meczu i oczywiście nikt tego rekordu nie pobił i bez ryzyka można dodać - na tym poziomie gier - nie pobije !.
Zresztą bramkowe konto Ruchu wzbogacił o grubo ponad 100 bramek !.
Z kolei Jego rekord w liczbie strzelonych goli podczas jednego występu na Mistrzostwach Świata w Barwach Polski /wspomniane 4 bramki z Brazylią/ przetrwał aż 56 lat /!!!!/, bo do 1994 roku, kiedy to Rosjanin Salenko wpakował 5 goli Kamerunowi !. W ogóle to dla barw Polski zdobył w latach 1934 - 1939 ponad 20 bramek!. Łącznie we wszystkich swoich występach zaliczył ponad 1100 goli /tysiąc sto/! .
Wilimowski zaczął więc karierę od występów w Reprezentacji Polski /i Śląska/, ale zakończył ją w ... Reprezentacji III Rzeszy, po wcześniejszym podpisaniu volkslisty. W 1942 r. na stadionie w Bytomiu rozegrano mecz pomiędzy reprezentacjami Niemiec i Rumunii. Mimo, że z oczywistych względów nie grała reprezentacja Polski, mimo że był to środek straszliwej okupacji, przyszło go obejrzeć ponad 50 tysięcy widzów, głównie Polaków /!!!/, a wszystko po to, by zobaczyć w akcji już wówczas reprezentanta Niemiec i niemieckich klubów Ernesta Wilimowskiego.
Oczywiście nazwisko Wilimowskiego natychmiast zniknęło z kart ówczesnych i tuż powojennych wydawnictw ...
Wracając do legend Naprzodu - w szerokiej kadrze na mistrzostwa w 1938 r. był jeszcze jeden Piec /Wilhelm/, także zawodnik z Lipin, ale na mistrzostwa nie pojechał.
Grał w Naprzodzie jeszcze pod koniec lat 40 - tych.
No i wreszcie zawodnikiem Naprzodu był ... Antoni Piechniczek, późniejszy trener reprezentacji Polski. Do Naprzodu przyszedł rok po meczu z Jaskółkami, czyli w 1960 r., ze Zrywu Chorzów. Piechniczek miło wspomina czas spędzony w Naprzodzie, chociaż podobno został kiedyś poturbowany przez własnych kibiców, ale o tym dlaczego tak się stało, powspominamy przy okazji opisu kolejnego sezonu Unii w II lidze.
Wymienionych graczy Naprzodu w meczu z Jaskółkami nie zobaczyliśmy, ale świadomość, że klub ten był w stanie wychować, bądź sprowadzić tak znane postaci, musiał budzić szacunek i prawdziwe uznanie, tym bardziej że nie wymieniłem wszystkich graczy Naprzodu będących czy to liderami drugoligowych tabel strzelców, czy to reprezentantami Polski !.
Oczywiście w dniu meczu dla kibiców Unii najważniejsza była wiadomość, że w szatni Naprzodu przygotowywał się do spotkania inny wyróżniający się gracz tej drużyny, napastnik Józef Kasprzyk, który /uprzedzę nieco fakty/, został królem strzelców II ligii grupy południowej w 1960 r.
Co bardziej uważni czytelnicy tej rubryki zauważyli zapewne, że w jednym z wcześniejszych wpisów wymieniłem jako najlepszego strzelca II ligi w 1960r. Urbasa z Raciborza. A teraz tytuł ten przypisałem Kasprzykowi. To nie jest tak, że rozdzielam laury według własnego widzimisię. Otóż w sezonie 1960r. Unia Racibórz i samo miasto Racibórz zostały administracyjnie przeniesione do II ligi, grupy ... północnej !. Z zapisków Praszczura wynika, że wywołało to gorące protesty Unii Racibórz, która na większość meczów musiała jeżdzić na północne krańce Polski, ale decyzji nie zmieniono. Dzięki temu Urbas nie przeszkodził Kasprzykowi w zdobyciu tytułu najlepszego strzelca.
Jak więc widzicie po raz kolejny, na drodze Unii w II lidze stawały rzeczywiście przednie marki, kluby z piękną tradycją, ale to nie dziwiło - II liga, jako zaplecze ekstraklasy, była wówczas naprawdę mocna, cdn...
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
7 KOLEJKA
UNIA TARNÓW - NAPRZÓD LIPINY.
Kolejnym przeciwnikiem Jaskółek miał być zespół, któremu ponoć ... zakazano awansu do I ligi. Oczywiście zakaz był nieformalny, nigdy nie został publicznie potwierdzony. Tym zespołem był Naprzód Lipiny /obecnie jedna z dzielnic Świętochłowic/.
Wszystkiemu była ponoć winna sytuacja rodem z ... II wojny światowej !. Jak wiadomo, w tym czasie, za ligową grę w piłkę nożną można było stracić życie. Ale nie na Śląsku !. Tam, jak najbardziej oficjalnie ganiano za "gałą" aż do 1945 r !. Ganiał też w okresie od 1939 do 1945r. i Tum und Sport Lipine /inna nazwa TUS 1883 Lipine/, obok np. FC Kattowitze, czy też TuS Swientochlowitze, że o Hindenburgu nie wspomnę.
W składach tych drużyn grali oczywiście polscy piłkarze, którym niejednokrotnie "przerabiano" nazwiska na bardziej "poprawne".
W konsekwencji tego Polacy zdobywali gole w niemieckiej Gaulidze i w meczach o Puchar Niemiec /Tschammer Pokal - nazwa od nazwiska ministra sportu III Rzeszy/. Wszystko to było wówczas mocno pogmatwane, podobnie jak i życiorysy tamtejszych piłkarzy i ich macierzystych klubów.
Władza Ludowa po 1945 r. nie zapomniała jednak tego i żale działaczy z klubu o już bardziej swojskiej nazwie Stal, a później Naprzód Lipiny, tyczące sekowania ich i blokowania awansu do I ligii pewnie i polegały na prawdzie.
Działacze Naprzodu jeździli ponoć nawet do piłkarskiej centrali w Warszawie, by przełamać tę barierę, a przynajmniej, by złożyć kolejny krytyczny raport na sędziów, którzy według Lipinian solidarnie pilnowali, by przypadkiem zespołowi nie udało się zmylić czujności decydentów.
Faktem jest, że Naprzód miał w składzie świetnych graczy, z reprezentantami kraju i królami strzelców ligi na czele, ale nigdy nie awansował do I ligi, choć grał na wysokim poziomie na jej zapleczu przez kilkanaście lat !.
Jako się rzekło przez lata działalności Klubu, przewinęło się przez Jego szeregi wielu znakomitych zawodników.
Wizytówką tego klubu był m.in. reprezentant Polski, napastnik Józef Kokot, który zdobył pierwszego gola w historii II - go ligowych występów Naprzodu w bodajże 1949 r. Naprzód się nim szczycił, chociaż w reprezentacji zagrał tylko jeden raz - w 1954 r. z Bułgarią. Grał też w barwach Legii Warszawa i ŁKS -u Łódź. Po tych peregrynacjach w 1955 r. powrócił do macierzystego klubu, ale do meczu z Unią już się nie sposobił, albowiem właśnie w opisywanym 1959 r. przeszedł do Górnika Radlin.
"Okrętem flagowym" Naprzodu był jednak Ryszard Piec. Może o Ryszardzie Piecu dotychczas nie słyszeliście, ale myślę, że niejednemu z Was obił się o uszy legendarny już mecz Polski z Brazylią na mistrzostwach świata w 1938 roku. To wtedy aż 4 gole zdobył Ernest Wilimowski, co i tak na niewiele się zdało, bo Brazylia wygrała z nami po dogrywce 6:5. Ryszard Piec zagrał wówczas w podstawowej jedenastce !. W ogóle to przywdziewał biało - czerwony trykot ponad 20 razy ! Oczywiście w 1959 r. już w piłkę nie grał.
Ale skoro już padło nazwisko Wilimowskiego, to nie mogę odpuścić sobie małej dygresji i przytoczę w skrócie Jego historię, jako odpowiednią ilustrację skomplikowanych piłkarskich życiorysów z tamtych lat. Urodził się - jako Ernst Otto Prandella w Katowicach, w czasach, gdy przynależały one do Cesarstwa Niemieckiego. Gdy Górny Śląsk staje się częścią II RP, Wilimowski /to już nazwisko po ojczymie/, staje się obywatelem Polski. Początkowo grał w FC Katowitze, by w połowie lat 30 - tych ubiegłego wieku stać się piłkarzem Ruchu Chorzów /wówczas Hajduków Wielkich/.
Kapitalny łącznik, wspaniały łowca goli, zawodnik o nienagannej technice.
W barwach Ruchu zdarzyło Mu się strzelić i 10 goli w jednym ligowym meczu i oczywiście nikt tego rekordu nie pobił i bez ryzyka można dodać - na tym poziomie gier - nie pobije !.
Zresztą bramkowe konto Ruchu wzbogacił o grubo ponad 100 bramek !.
Z kolei Jego rekord w liczbie strzelonych goli podczas jednego występu na Mistrzostwach Świata w Barwach Polski /wspomniane 4 bramki z Brazylią/ przetrwał aż 56 lat /!!!!/, bo do 1994 roku, kiedy to Rosjanin Salenko wpakował 5 goli Kamerunowi !. W ogóle to dla barw Polski zdobył w latach 1934 - 1939 ponad 20 bramek!. Łącznie we wszystkich swoich występach zaliczył ponad 1100 goli /tysiąc sto/! .
Wilimowski zaczął więc karierę od występów w Reprezentacji Polski /i Śląska/, ale zakończył ją w ... Reprezentacji III Rzeszy, po wcześniejszym podpisaniu volkslisty. W 1942 r. na stadionie w Bytomiu rozegrano mecz pomiędzy reprezentacjami Niemiec i Rumunii. Mimo, że z oczywistych względów nie grała reprezentacja Polski, mimo że był to środek straszliwej okupacji, przyszło go obejrzeć ponad 50 tysięcy widzów, głównie Polaków /!!!/, a wszystko po to, by zobaczyć w akcji już wówczas reprezentanta Niemiec i niemieckich klubów Ernesta Wilimowskiego.
Oczywiście nazwisko Wilimowskiego natychmiast zniknęło z kart ówczesnych i tuż powojennych wydawnictw ...
Wracając do legend Naprzodu - w szerokiej kadrze na mistrzostwa w 1938 r. był jeszcze jeden Piec /Wilhelm/, także zawodnik z Lipin, ale na mistrzostwa nie pojechał.
Grał w Naprzodzie jeszcze pod koniec lat 40 - tych.
No i wreszcie zawodnikiem Naprzodu był ... Antoni Piechniczek, późniejszy trener reprezentacji Polski. Do Naprzodu przyszedł rok po meczu z Jaskółkami, czyli w 1960 r., ze Zrywu Chorzów. Piechniczek miło wspomina czas spędzony w Naprzodzie, chociaż podobno został kiedyś poturbowany przez własnych kibiców, ale o tym dlaczego tak się stało, powspominamy przy okazji opisu kolejnego sezonu Unii w II lidze.
Wymienionych graczy Naprzodu w meczu z Jaskółkami nie zobaczyliśmy, ale świadomość, że klub ten był w stanie wychować, bądź sprowadzić tak znane postaci, musiał budzić szacunek i prawdziwe uznanie, tym bardziej że nie wymieniłem wszystkich graczy Naprzodu będących czy to liderami drugoligowych tabel strzelców, czy to reprezentantami Polski !.
Oczywiście w dniu meczu dla kibiców Unii najważniejsza była wiadomość, że w szatni Naprzodu przygotowywał się do spotkania inny wyróżniający się gracz tej drużyny, napastnik Józef Kasprzyk, który /uprzedzę nieco fakty/, został królem strzelców II ligii grupy południowej w 1960 r.
Co bardziej uważni czytelnicy tej rubryki zauważyli zapewne, że w jednym z wcześniejszych wpisów wymieniłem jako najlepszego strzelca II ligi w 1960r. Urbasa z Raciborza. A teraz tytuł ten przypisałem Kasprzykowi. To nie jest tak, że rozdzielam laury według własnego widzimisię. Otóż w sezonie 1960r. Unia Racibórz i samo miasto Racibórz zostały administracyjnie przeniesione do II ligi, grupy ... północnej !. Z zapisków Praszczura wynika, że wywołało to gorące protesty Unii Racibórz, która na większość meczów musiała jeżdzić na północne krańce Polski, ale decyzji nie zmieniono. Dzięki temu Urbas nie przeszkodził Kasprzykowi w zdobyciu tytułu najlepszego strzelca.
Jak więc widzicie po raz kolejny, na drodze Unii w II lidze stawały rzeczywiście przednie marki, kluby z piękną tradycją, ale to nie dziwiło - II liga, jako zaplecze ekstraklasy, była wówczas naprawdę mocna, cdn...
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - część 15.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
7 KOLEJKA
UNIA TARNÓW - NAPRZÓD LIPINY.
Praszczur zapewne z wypiekami na twarzy odnotował, że meczowi towarzyszyły czary i magia rodem ze słynnego przedwojennego cyrku Braci Staniewskich. Dzisiaj pewnie podejrzenia o tworzenie magii na murawie biegłyby w kierunku Macieja Pola, Davida Cooperfielda lub Kaszpirowskiego, ale to już chyba bardziej czarna magia.
Oto Naprzód pojawił się na murawie tylko po to, by z czasem z naszej części boiska ... zniknąć. Wątpiący w siłę magii twierdzili, że to nie czary, ale świadomie przyjęta taktyka, zgodnie z którą Naprzód prawie całkowicie wycofał swoich graczy z naszej połowy, pozostawiając na desancie Kasprzyka. W trakcie spotkania metoda murowania własnej bramki przybierała na sile.
Przy takiej postawie rywala, Unia zyskiwała wyraźną, chwilami miażdżącą przewagę i zdominowała boisko. Gra kombinacyjna w polu mogła się podobać, a celowali w niej, jak to wtedy mówiono, "łącznicy": Guzy i Nowak.
Niestety w tym dniu Uniści mieli rozregulowane celowniki i z optycznej przewagi niewiele wynikało. Swoje szanse zmarnowali Rusinek, Witek,
Czarnecki i Dubiel.
Szybko, bo w 20 minucie okazało się, że taktyka gości może święcić tryumf. Kasprzyk doczekał się swojej szansy i jak to było w Jego zwyczaju, nie zmarnował jej !!!. Unia, pomimo przewagi w polu, od 20 minuty tego spotkania przegrywała 0 : 1 !!!.
Na szczęście ta wpadka nie podcięła skrzydeł Jaskółkom. Napór trwał i czuło się, że w końcu przyniesie nam bramkowe okazje.
I rzeczywiście, Unia wyrównała stan meczu po strzale Dubiela. Tu pojawia się rozbieżność pomiędzy prasowym wycinkiem, a odręczną notatką Praszczura co do minuty, w której padło wyrównanie. Według jednego źródła gol padł w 25 minucie, według drugiego w 35 minucie. Z perspektywy ponad 60 lat, te 10 minut różnicy jakoś musimy przełknąć. Najważniejsze, że jest pełna zgodność co do osoby szczęśliwego strzelca i co do tego, że Unia wyrównała stan meczu.
Jest też zgodność co do tego, że w I połowie monolit obronny Naprzodu jeszcze raz pękł. Przy stałym naporze Jaskółek ta na pozór nie do przejścia linia gości popełniła błąd, który przyniósł nam rzut karny !!!.
Szał radości na trybunach !!!. Do piłki podszedł Witek. Nie zawodził w takich momentach. Podbiegł do futbolówki, kropnął w nią, i ... Potem to już był tylko jęk zawodu i łapanie się za głowy. Tak fatalnie wykonanego rzutu karnego dawno na Unii nie widziano !
W całym meczu znakomicie bronił bramkarz gości Stachak. Dysponuję odnotowaną uwagę, że w I połowie meczu, Unia stanęła przed kolejną świetną okazją na podwyższenie rezultatu. Jaskółkom udało się przebić w bezpośrednie sąsiedztwo Stachaka i tylko jego ryzykowna interwencja sprawiła, ze dosłownie zdjął piłkę z buta Dubiela, szykującego się do strzału z najbliższej odległości.
Pierwsza połowa zakończyła się rezultatem 1 : 1.
Po przerwie Unia nadal przeważała, ale za dużo było gry środkiem, co ułatwiało zadanie rywalom. Zawodnicy z ataku nie mogli spodziewać się pochwał i rzeczywiście ich nie otrzymali. Nie wykorzystane okazje kładły się cieniem na ich występie i na ostatecznym rezultacie. Także i druga strona nie pokusiła się o kolejnego gola. Kasprzyk był już dobrze pilnowany przez Tyliszczaka i dzielnie wspierającego go Białasa.
Końcowy wynik meczu Unia - Naprzód to remis 1 : 1. Patrząc na przebieg spotkania, powinniśmy je wygrać, ale obiektywnie rzecz oceniając, kolejny punkt zdobyty przez beniaminka z mocnym rywalem, ugruntował naszą wysoką pozycję w tabeli.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
7 KOLEJKA
UNIA TARNÓW - NAPRZÓD LIPINY.
Praszczur zapewne z wypiekami na twarzy odnotował, że meczowi towarzyszyły czary i magia rodem ze słynnego przedwojennego cyrku Braci Staniewskich. Dzisiaj pewnie podejrzenia o tworzenie magii na murawie biegłyby w kierunku Macieja Pola, Davida Cooperfielda lub Kaszpirowskiego, ale to już chyba bardziej czarna magia.
Oto Naprzód pojawił się na murawie tylko po to, by z czasem z naszej części boiska ... zniknąć. Wątpiący w siłę magii twierdzili, że to nie czary, ale świadomie przyjęta taktyka, zgodnie z którą Naprzód prawie całkowicie wycofał swoich graczy z naszej połowy, pozostawiając na desancie Kasprzyka. W trakcie spotkania metoda murowania własnej bramki przybierała na sile.
Przy takiej postawie rywala, Unia zyskiwała wyraźną, chwilami miażdżącą przewagę i zdominowała boisko. Gra kombinacyjna w polu mogła się podobać, a celowali w niej, jak to wtedy mówiono, "łącznicy": Guzy i Nowak.
Niestety w tym dniu Uniści mieli rozregulowane celowniki i z optycznej przewagi niewiele wynikało. Swoje szanse zmarnowali Rusinek, Witek,
Czarnecki i Dubiel.
Szybko, bo w 20 minucie okazało się, że taktyka gości może święcić tryumf. Kasprzyk doczekał się swojej szansy i jak to było w Jego zwyczaju, nie zmarnował jej !!!. Unia, pomimo przewagi w polu, od 20 minuty tego spotkania przegrywała 0 : 1 !!!.
Na szczęście ta wpadka nie podcięła skrzydeł Jaskółkom. Napór trwał i czuło się, że w końcu przyniesie nam bramkowe okazje.
I rzeczywiście, Unia wyrównała stan meczu po strzale Dubiela. Tu pojawia się rozbieżność pomiędzy prasowym wycinkiem, a odręczną notatką Praszczura co do minuty, w której padło wyrównanie. Według jednego źródła gol padł w 25 minucie, według drugiego w 35 minucie. Z perspektywy ponad 60 lat, te 10 minut różnicy jakoś musimy przełknąć. Najważniejsze, że jest pełna zgodność co do osoby szczęśliwego strzelca i co do tego, że Unia wyrównała stan meczu.
Jest też zgodność co do tego, że w I połowie monolit obronny Naprzodu jeszcze raz pękł. Przy stałym naporze Jaskółek ta na pozór nie do przejścia linia gości popełniła błąd, który przyniósł nam rzut karny !!!.
Szał radości na trybunach !!!. Do piłki podszedł Witek. Nie zawodził w takich momentach. Podbiegł do futbolówki, kropnął w nią, i ... Potem to już był tylko jęk zawodu i łapanie się za głowy. Tak fatalnie wykonanego rzutu karnego dawno na Unii nie widziano !
W całym meczu znakomicie bronił bramkarz gości Stachak. Dysponuję odnotowaną uwagę, że w I połowie meczu, Unia stanęła przed kolejną świetną okazją na podwyższenie rezultatu. Jaskółkom udało się przebić w bezpośrednie sąsiedztwo Stachaka i tylko jego ryzykowna interwencja sprawiła, ze dosłownie zdjął piłkę z buta Dubiela, szykującego się do strzału z najbliższej odległości.
Pierwsza połowa zakończyła się rezultatem 1 : 1.
Po przerwie Unia nadal przeważała, ale za dużo było gry środkiem, co ułatwiało zadanie rywalom. Zawodnicy z ataku nie mogli spodziewać się pochwał i rzeczywiście ich nie otrzymali. Nie wykorzystane okazje kładły się cieniem na ich występie i na ostatecznym rezultacie. Także i druga strona nie pokusiła się o kolejnego gola. Kasprzyk był już dobrze pilnowany przez Tyliszczaka i dzielnie wspierającego go Białasa.
Końcowy wynik meczu Unia - Naprzód to remis 1 : 1. Patrząc na przebieg spotkania, powinniśmy je wygrać, ale obiektywnie rzecz oceniając, kolejny punkt zdobyty przez beniaminka z mocnym rywalem, ugruntował naszą wysoką pozycję w tabeli.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - część 16.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
8 KOLEJKA - UNIA TARNÓW - SZOMBIERKI BYTOM.
Unia wystąpiła ponownie w roli gospodarza. Kolejny rywal to kolejna piękna sportowa karta.
Szombierki miały już za sobą występy w ekstraklasie /1949 - 1950r./
Z 1949r. pochodzi ciekawa "kibicowska" historia.
Podobno podczas ligowego meczu z krakowską Wisłą /wówczas Gwardią/, zainteresowanie spotkaniem było tak wielkie, że górnicy - kibice, "fedrujący" w Kopalni Węgla Kamiennego 'Szombierki' gremialnie postanowili, że w dniu meczu to najchętniej zjadą, ale nie pod ziemię, lecz na trybuny stadionu. Sprawa musiała wyglądać na poważną, skoro górnikom zapewniono ... przekazywanie na bieżąco pod ziemię informacji o wyniku meczu. Żartowano, iż piłkarze otrzymali nakaz szybkiego strzelenia goli Wiśle, by w kopalni praca szła wartko i by w razie usterek w przekazywaniu informacji górnicy zanadto się nie denerwowowali. No cóż, czasy się zmieniają - z kopalni istniejącej od 1885r. pozostały już nieliczne szyby, a z dawnej świetności Klubu pozostało pałętanie się w ogonie 4 ligi. No i Kibice już nie tacy jak niegdyś.
Górnik Bytom, bo pod taką nazwą zespół występował w 1949 r., plan wykonał i po golach Gawła /43 min./ i Krasówki /53 min./ mecz z Wisłą wygrał 2:0. Nie wiem, czy górnicy zostali poinformowani o tym, że Górnik w tym meczu nie wykorzystał rzutu karnego /Krasówka strzelił w słupek/.
W swoim debiucie w I lidze w 1949r. Szombierki zajęły 10 miejsce /na 12 zespołów/, a jako ciekawostkę dodam, że Wisła została wówczas Mistrzem Polski. W 1950r. Szombierki spadają do II ligi, w której aż do meczu z Jaskółkami występowały nieprzerwanie. W 1951r. II ligę podzielono na 4 grupy /łącznie 32 drużyny/. Szombierki w 3 grupie zajęły 3 miejsce. Podczas kolejnych sezonów meldowali się z reguły w czołówce II ligi. W 1958r. Szombierki nabrały większego wigoru i zajęły 2 miejsce, tuż za plecami Górnika Radlin. W interesującym nas 1959r. już nie błyszczały.
W tamtych czasach do złotych kart w historii Szombierek zaliczono także 1952 r., kiedy to dotarli aż do półfinału Pucharu Polski. Do historii polskiej piłki przeszedł ich mecz w ćwierćfinale tych rozgrywek. Regulamin Pucharu Polski nie przewidywał rzutów karnych w przypadku braku rozstrzygnięcia w normalnym czasie gry. Przy remisie grano więc aż do momentu zdobycia przez któryś z zespołów tzw. "złotej bramki". Szombierki grały w Gdańsku z Lechią i remisowały w regulaminowym czasie gry 1:1. Zarządzono więc dogrywkę. Dopiero w 148 minucie spotkania /!/ Szombierki zdobyły gola za sprawą Sobka, któremu udało się strzelić bramkę na 2:1. Nazwisko tego zawodnika warto zapamiętać w kontekście meczu z Jaskółkami.
W roku 1959 w składzie Szombierek postanowiono dokonać wielkiej zmiany pokoleniowej. Wykruszali się twórcy sukcesów klubu, pojawiali się młodzi, nieopierzeni gracze.
W 1959 r. z Szombierek odszedł reprezentant Polski, olimpijczyk z 1952r. /Helsinki/ Hubert Banisz - grał później m.in. w Górniku Wojkowice. 3 lata wcześniej karierę zakończył napastnik, reprezentant Polski, także olimpijczyk Jerzy Krasówka.
W 1959r. inny reprezentant kraju - Helmut Nowak, przeniósł się do Legii Warszawa. Wrócił do Szombierek w 1963r. i skutecznie wsparł wówczas drużynę w walce o awans do I ligi.
Tak więc w 1959 r. Szombierki dopiero mozolnie budowały nowy, perspektywiczny zespół, który miał się opierać na własnej, nadzwyczaj utalentowanej młodzieży. Młodzieży, która w 1954 r. wywalczyła tytuł wicemistrzów Polski juniorów !. Bytomianom zmiana warty wyszła na dobre. Już niedługo miały dla nich nadejść tłuste lata i era m.in. reprezentanta kraju Jerzego Wilima, późniejszego króla strzelców ekstraklasy z 1964 r. /tytuł podzielił ze wspomnianym już przeze mnie Lucjanem Brychczym i Józefem Gałeczką z Zagłębia Sosonowiec/. Podczas meczu z Unią Tarnów Jerzy Wilim liczył sobie 18 lat. Przyszłość miała należeć także i do młodszego o 2 lata brata Jerzego Wilima, noszącego imię Jan, także przyszłego reprezentanta Kraju.
Te rozbudowane notki o rywalach Unii przedstawiam nie z nadmiaru własnego, wolnego czasu, ale by unaocznić z jakimi poważnymi przeciwnikami Unia toczyła boje w II lidze, jak wysoki był jej poziom, iluż tam było dobrych piłkarzy i jaką realną wartość miał ten historyczny drugoligowy awans Jaskółek. I jaką wartość miał każdy wydarty na boisku punkt, cdn...
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
8 KOLEJKA - UNIA TARNÓW - SZOMBIERKI BYTOM.
Unia wystąpiła ponownie w roli gospodarza. Kolejny rywal to kolejna piękna sportowa karta.
Szombierki miały już za sobą występy w ekstraklasie /1949 - 1950r./
Z 1949r. pochodzi ciekawa "kibicowska" historia.
Podobno podczas ligowego meczu z krakowską Wisłą /wówczas Gwardią/, zainteresowanie spotkaniem było tak wielkie, że górnicy - kibice, "fedrujący" w Kopalni Węgla Kamiennego 'Szombierki' gremialnie postanowili, że w dniu meczu to najchętniej zjadą, ale nie pod ziemię, lecz na trybuny stadionu. Sprawa musiała wyglądać na poważną, skoro górnikom zapewniono ... przekazywanie na bieżąco pod ziemię informacji o wyniku meczu. Żartowano, iż piłkarze otrzymali nakaz szybkiego strzelenia goli Wiśle, by w kopalni praca szła wartko i by w razie usterek w przekazywaniu informacji górnicy zanadto się nie denerwowowali. No cóż, czasy się zmieniają - z kopalni istniejącej od 1885r. pozostały już nieliczne szyby, a z dawnej świetności Klubu pozostało pałętanie się w ogonie 4 ligi. No i Kibice już nie tacy jak niegdyś.
Górnik Bytom, bo pod taką nazwą zespół występował w 1949 r., plan wykonał i po golach Gawła /43 min./ i Krasówki /53 min./ mecz z Wisłą wygrał 2:0. Nie wiem, czy górnicy zostali poinformowani o tym, że Górnik w tym meczu nie wykorzystał rzutu karnego /Krasówka strzelił w słupek/.
W swoim debiucie w I lidze w 1949r. Szombierki zajęły 10 miejsce /na 12 zespołów/, a jako ciekawostkę dodam, że Wisła została wówczas Mistrzem Polski. W 1950r. Szombierki spadają do II ligi, w której aż do meczu z Jaskółkami występowały nieprzerwanie. W 1951r. II ligę podzielono na 4 grupy /łącznie 32 drużyny/. Szombierki w 3 grupie zajęły 3 miejsce. Podczas kolejnych sezonów meldowali się z reguły w czołówce II ligi. W 1958r. Szombierki nabrały większego wigoru i zajęły 2 miejsce, tuż za plecami Górnika Radlin. W interesującym nas 1959r. już nie błyszczały.
W tamtych czasach do złotych kart w historii Szombierek zaliczono także 1952 r., kiedy to dotarli aż do półfinału Pucharu Polski. Do historii polskiej piłki przeszedł ich mecz w ćwierćfinale tych rozgrywek. Regulamin Pucharu Polski nie przewidywał rzutów karnych w przypadku braku rozstrzygnięcia w normalnym czasie gry. Przy remisie grano więc aż do momentu zdobycia przez któryś z zespołów tzw. "złotej bramki". Szombierki grały w Gdańsku z Lechią i remisowały w regulaminowym czasie gry 1:1. Zarządzono więc dogrywkę. Dopiero w 148 minucie spotkania /!/ Szombierki zdobyły gola za sprawą Sobka, któremu udało się strzelić bramkę na 2:1. Nazwisko tego zawodnika warto zapamiętać w kontekście meczu z Jaskółkami.
W roku 1959 w składzie Szombierek postanowiono dokonać wielkiej zmiany pokoleniowej. Wykruszali się twórcy sukcesów klubu, pojawiali się młodzi, nieopierzeni gracze.
W 1959 r. z Szombierek odszedł reprezentant Polski, olimpijczyk z 1952r. /Helsinki/ Hubert Banisz - grał później m.in. w Górniku Wojkowice. 3 lata wcześniej karierę zakończył napastnik, reprezentant Polski, także olimpijczyk Jerzy Krasówka.
W 1959r. inny reprezentant kraju - Helmut Nowak, przeniósł się do Legii Warszawa. Wrócił do Szombierek w 1963r. i skutecznie wsparł wówczas drużynę w walce o awans do I ligi.
Tak więc w 1959 r. Szombierki dopiero mozolnie budowały nowy, perspektywiczny zespół, który miał się opierać na własnej, nadzwyczaj utalentowanej młodzieży. Młodzieży, która w 1954 r. wywalczyła tytuł wicemistrzów Polski juniorów !. Bytomianom zmiana warty wyszła na dobre. Już niedługo miały dla nich nadejść tłuste lata i era m.in. reprezentanta kraju Jerzego Wilima, późniejszego króla strzelców ekstraklasy z 1964 r. /tytuł podzielił ze wspomnianym już przeze mnie Lucjanem Brychczym i Józefem Gałeczką z Zagłębia Sosonowiec/. Podczas meczu z Unią Tarnów Jerzy Wilim liczył sobie 18 lat. Przyszłość miała należeć także i do młodszego o 2 lata brata Jerzego Wilima, noszącego imię Jan, także przyszłego reprezentanta Kraju.
Te rozbudowane notki o rywalach Unii przedstawiam nie z nadmiaru własnego, wolnego czasu, ale by unaocznić z jakimi poważnymi przeciwnikami Unia toczyła boje w II lidze, jak wysoki był jej poziom, iluż tam było dobrych piłkarzy i jaką realną wartość miał ten historyczny drugoligowy awans Jaskółek. I jaką wartość miał każdy wydarty na boisku punkt, cdn...
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - część 17.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
8 KOLEJKA - UNIA TARNÓW - SZOMBIERKI BYTOM.
Dwa wydarzenia zdominowały czas przed meczem i o nich to rozprawiano przed gwizdkiem sędziego. Tutaj po części notki Praszczura nie są precyzyjne, ale domyślam się, że ze składu wypadł nam Rusinek !. Sytuacja jakby powtarza się w kolejnych rundach i poza kolejką 12 i 14 nie widzę go w składzie. Peturbacje ze zdrowiem są jedynym logicznym wyjaśnieniem sytuacji.
Natomiast dokładniej "Praszczur" wprowadzał w temat, któremu można nadać tytuł: "Nazwa Tarnów działa na Szombierki, jak płachta na byka". Oto przybyli na mecz kibice Unii obawiali się, że Szombierki zagrają zdecydowanie lepiej, niż w trakcie dotychczasowych rozgrywek, by wziąć odwet za to, co spotkało ich w naszym mieście w przeszłości.
Tu /niestety
/ muszę do wspomnień wprowadzić Tarnovię, bo też i ona była głównym "sprawcą" całego zamieszania.
Cóż takiego mogło wywołać taką sportową zapiekłość w szeregach gości, co mogło stać za nadzwyczajną chęcią rewanżu i cóż takiego nie podobało się Bytomianom w Tarnowie ?!.
Dlaczego Unia miała dostać lanie od Szombierek z powodu ... Tarnovii ?!.
W czym rzecz ? - ano, w spotkaniach, które Szombierki /jeszcze pod nazwą Górnik Bytom/ rozgrywały na stadionie Tarnovii /w niektórych spotkaniach występowała jeszcze pod nazwą Ogniwo/. Bytomianom wyjątkowo nie wiodło się w tych meczach, mimo że w tabeli wyprzedzali Tovię.
W 1953r. w rozgrywkach II ligi zremisowali w Tarnowie 1 : 1. W końcowej tabeli Górnik zajął 5 miejsce, a do premiowanego awansem drugiego miejsca zabrakło im tylko 4 punkty, Tovia uplasowała się na 9 pozycji.
Do szału kibiców z Bytomia mógł jednak doprowadzić dopiero 1954r. W przedostatniej kolejce rozgrywek Tarnovia zupełnie nieoczekiwanie wygrała u siebie z Górnikiem 2:0. Przed tym meczem Górnik był pewien awansu do I ligi !. Co prawda w ostatniej kolejce pokonali u siebie Włókniarza Kraków /późniejsza Garbarnia/ 3:0, ale to już nie wystarczyło im do awansu !. W 1954r. do najwyższej klasy rozgrywkowej awansowały aż 3 zespoły. Górnik Bytom zajął 4 miejsce !. Miał tyle samo punktów, co 3 zespół /wspomniany Włókniarz/, ale gorszy stosunek bramkowy, a do drugiego i pierwszego miejsca /odpowiednio Budowlani Gdańsk i Stal Sosnowiec/, zabrakło mu ... 1 punkciku !!!.
Dodam tylko, że w 1954r. Tovia zajęła 7 miejsce.
Rok 1955 to był kolejny rok turbulencji Górnika na stadionie Tovii. W 13 kolejce Tarnovia remisuje u siebie z Górnikiem Bytom 1:1, a trzeba dodać, że rok 1955 to był początek końca lat świetności Tarnovii: spadła wówczas do III ligi, zajmując ostatnie 14 miejsce w tabeli II ligi. Górnik był 8.
Jako od zawsze kibic Unii nie odbiorę sobie małej przyjemności przypomnienia fanom tarnowskiej piłki, że we wspomnianych rozgrywkach II ligi w 1955r. Tovia poniosła druzgocącą, przygniatającą, przygnębiającą, odrażającą, ponurą, miażdżącą, piramidalną, historyczną i histeryczną klęskę w meczu z CWKS Kraków !. Przerżnęli 0 : 11 !!!. Jeśli ktoś sobie tego życzy, ten wynik mogę powtórzyć na priva dowolną ilość razy.
Pozostawmy nieco przytłamszoną Tovię, wracamy na stadion Jaskółek. Według "Praszczura" wybiegający na murawę piłkarze Szombierek mieli pianę na ustach. Pamiętali rok 1954 !.
Unia miała zagrać w zestawieniu: Czekanowski, Tyliszczak, Białas, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Czarnecki, Grad, Dubiel i Spodzieja.
Unia w rozgrywkach lepiej spisywała się od Szombierek. Tymczasem goście od początku meczu zaskakują wszystkich - nie ustępują pola ani na centymetr, od pierwszych minut widać, że przyjechali tu być może nawet po zwycięstwo !!!. Grają z taką determinacją, jakby przeciwko nim stanęli ponownie gracze w biało - czerwonych kostiumach Tarnovii, a nie piłkarze biało - niebieskiej Unii !. Notka "Praszczura" okazała się tu bezcenna do pokazania atmosfery i tła tego spotkania !.
No tak, przez tę Tarnovię to były zawsze tylko same kłopoty ! , cdn...
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
8 KOLEJKA - UNIA TARNÓW - SZOMBIERKI BYTOM.
Dwa wydarzenia zdominowały czas przed meczem i o nich to rozprawiano przed gwizdkiem sędziego. Tutaj po części notki Praszczura nie są precyzyjne, ale domyślam się, że ze składu wypadł nam Rusinek !. Sytuacja jakby powtarza się w kolejnych rundach i poza kolejką 12 i 14 nie widzę go w składzie. Peturbacje ze zdrowiem są jedynym logicznym wyjaśnieniem sytuacji.
Natomiast dokładniej "Praszczur" wprowadzał w temat, któremu można nadać tytuł: "Nazwa Tarnów działa na Szombierki, jak płachta na byka". Oto przybyli na mecz kibice Unii obawiali się, że Szombierki zagrają zdecydowanie lepiej, niż w trakcie dotychczasowych rozgrywek, by wziąć odwet za to, co spotkało ich w naszym mieście w przeszłości.
Tu /niestety
Cóż takiego mogło wywołać taką sportową zapiekłość w szeregach gości, co mogło stać za nadzwyczajną chęcią rewanżu i cóż takiego nie podobało się Bytomianom w Tarnowie ?!.
Dlaczego Unia miała dostać lanie od Szombierek z powodu ... Tarnovii ?!.
W czym rzecz ? - ano, w spotkaniach, które Szombierki /jeszcze pod nazwą Górnik Bytom/ rozgrywały na stadionie Tarnovii /w niektórych spotkaniach występowała jeszcze pod nazwą Ogniwo/. Bytomianom wyjątkowo nie wiodło się w tych meczach, mimo że w tabeli wyprzedzali Tovię.
W 1953r. w rozgrywkach II ligi zremisowali w Tarnowie 1 : 1. W końcowej tabeli Górnik zajął 5 miejsce, a do premiowanego awansem drugiego miejsca zabrakło im tylko 4 punkty, Tovia uplasowała się na 9 pozycji.
Do szału kibiców z Bytomia mógł jednak doprowadzić dopiero 1954r. W przedostatniej kolejce rozgrywek Tarnovia zupełnie nieoczekiwanie wygrała u siebie z Górnikiem 2:0. Przed tym meczem Górnik był pewien awansu do I ligi !. Co prawda w ostatniej kolejce pokonali u siebie Włókniarza Kraków /późniejsza Garbarnia/ 3:0, ale to już nie wystarczyło im do awansu !. W 1954r. do najwyższej klasy rozgrywkowej awansowały aż 3 zespoły. Górnik Bytom zajął 4 miejsce !. Miał tyle samo punktów, co 3 zespół /wspomniany Włókniarz/, ale gorszy stosunek bramkowy, a do drugiego i pierwszego miejsca /odpowiednio Budowlani Gdańsk i Stal Sosnowiec/, zabrakło mu ... 1 punkciku !!!.
Dodam tylko, że w 1954r. Tovia zajęła 7 miejsce.
Rok 1955 to był kolejny rok turbulencji Górnika na stadionie Tovii. W 13 kolejce Tarnovia remisuje u siebie z Górnikiem Bytom 1:1, a trzeba dodać, że rok 1955 to był początek końca lat świetności Tarnovii: spadła wówczas do III ligi, zajmując ostatnie 14 miejsce w tabeli II ligi. Górnik był 8.
Jako od zawsze kibic Unii nie odbiorę sobie małej przyjemności przypomnienia fanom tarnowskiej piłki, że we wspomnianych rozgrywkach II ligi w 1955r. Tovia poniosła druzgocącą, przygniatającą, przygnębiającą, odrażającą, ponurą, miażdżącą, piramidalną, historyczną i histeryczną klęskę w meczu z CWKS Kraków !. Przerżnęli 0 : 11 !!!. Jeśli ktoś sobie tego życzy, ten wynik mogę powtórzyć na priva dowolną ilość razy.
Pozostawmy nieco przytłamszoną Tovię, wracamy na stadion Jaskółek. Według "Praszczura" wybiegający na murawę piłkarze Szombierek mieli pianę na ustach. Pamiętali rok 1954 !.
Unia miała zagrać w zestawieniu: Czekanowski, Tyliszczak, Białas, Palemba, Guzy, Nowak, Witek, Czarnecki, Grad, Dubiel i Spodzieja.
Unia w rozgrywkach lepiej spisywała się od Szombierek. Tymczasem goście od początku meczu zaskakują wszystkich - nie ustępują pola ani na centymetr, od pierwszych minut widać, że przyjechali tu być może nawet po zwycięstwo !!!. Grają z taką determinacją, jakby przeciwko nim stanęli ponownie gracze w biało - czerwonych kostiumach Tarnovii, a nie piłkarze biało - niebieskiej Unii !. Notka "Praszczura" okazała się tu bezcenna do pokazania atmosfery i tła tego spotkania !.
No tak, przez tę Tarnovię to były zawsze tylko same kłopoty ! , cdn...
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - część 18.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
8 KOLEJKA - UNIA TARNÓW - SZOMBIERKI BYTOM.
I POŁOWA
Linie defensywne Unii raz po raz wystawiane były na ciężkie próby. Właśnie Władysław Czekanowski /po meczu mówiono Pan Władysław Czekanowski/otrzepuje kurz osiadły na bramkarskim stroju, po rewelacyjnej robinsonadzie, w efekcie której udało Mu się końcami palców przebić piłkę ponad poprzeczką na rzut rożny. Dodajmy, piłkę zmierzającą po fantastycznym jej uderzeniu z woleja przez Sobka, wprost pod poprzeczkę naszej bramki.
Nasi obrońcy dwoją się i troją, by okiełznać rozpędzone Szombierki. Ale inicjatywa należy do gości.
W 31 minucie zastawiona przez nas pułapka ofsajdowa zawodzi. Poloczek wychodzi na pozycję sam na sam z Czekanowskim, prawdopodobnie o sekundę zagapił się Białas. Stadion zamiera, strzał Poloczka, piłka leci w światło bramki !!!. Czekanowski znowu wyciągnięty niczym struna, jakby chciał się wydłużyć w powietrzu, kolejna wspaniała robinsonada, wyczuł intencje strzelca, ale czy dosięgnie piłki ?! Dosięgnął, znowu koniuszki palców ocierają się o powłokę piłki, ale to wystarcza, by zmieniła ona swój tor i pomknęła na kolejny rzut rożny.
Czekanowski lubił niekiedy interwencje "pod publiczkę", ale tym razem do efektownej, powietrznej parady zmusiła Go trzeźwa ocena sytuacji, brawo !.
Jeszcze zespół Unii i jego fani na dobre nie ochłonęli, a tu w 36 minucie kolejna świetna akcja Bytomian. Piłkę przejmuje Sobek, jest już przy nim Tyliszczak, ale pomimo największych starań nie może wybić piłki spod nóg reprezentanta Polski, ten umiejętnie ją zasłania,
któryś z pomocników Unii idzie koledze w sukurs, ale na niewiele się to zdaje. Sobek utrzymuje się przy piłce, piekielnie mocno uderza !. Czekanowski tym razem nawet nie próbuje interweniować, stoi jak wmurowany w boisko, podkręcona piłka ucieka od niego, jest coraz bardziej poza zasięgiem naszego bramkarza, jeszcze tylko ułamek sekundy i głośne uderzenie !
Sobek trafił w słupek !!!.
Na nasze szczęście akcja przeprowadzona była w błyskawicznym tempie i żaden z graczy Szombierek nie znalazł się w pobliżu odbitej futbolówki.
Szczęśliwie też spadła ona na nogę Tyliszczaka. Tego nawet koledzy nie musieli ponaglać do szybkiego jej wybicia, kropnął w piłkę z całych sił, trochę na oślep, byle dalej od naszej bramki.
Piłka mija kilku graczy i ląduje przed Witkiem. Ten również nie zastanawia się ani sekundy, ale jego podanie jest już mierzone, uruchamia w ataku Dubiela, krótka kiwka, zwód, Dubiel dostrzega wychodzącego na pozycję Spodzieję, podaje mu precyzyjnie piłkę, Spodzieja nawet nie podnosi głowy, baczy by piłka nie odskoczyła mu od nogi, strzela i po chwili słyszy ryk stadionu: Goooool, Goool !!!!!. Co za kontra Jaskółek !. 37 minuta przynosi nam prowadzenie !.
Unia prowadzi 1 : 0 z Szombierkami, po celnym trafieniu Spodzieji /Spodziei ?/ w 37 minucie meczu !!!.
Spodzieja cieszy się za dwóch, za trzech, ech, co tam będę wyliczał, cieszy się za stu strzelców. To Jego pierwszy gol w tych rozgrywkach !. Zawodnik, który wcześniej strzelał bramki na zawołanie, w inauguracyjnym sezonie Unii w II lidze musiał czekać aż do 8 kolejki na swojego gola !!!. Nie wytykałem Mu tego wcześniej, żeby nie zapeszyć i nie zdeprymować Go i żeby wreszcie ten upragniony gol w Jego wykonaniu padł. I jak widzicie, padł !!!.
I tym wynikiem 1:0 kończy się pierwsza połowa. Piana na ustach gości jakby obfitsza, co z satysfakcją odnotowuje "Praszczur", cdn...
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
8 KOLEJKA - UNIA TARNÓW - SZOMBIERKI BYTOM.
I POŁOWA
Linie defensywne Unii raz po raz wystawiane były na ciężkie próby. Właśnie Władysław Czekanowski /po meczu mówiono Pan Władysław Czekanowski/otrzepuje kurz osiadły na bramkarskim stroju, po rewelacyjnej robinsonadzie, w efekcie której udało Mu się końcami palców przebić piłkę ponad poprzeczką na rzut rożny. Dodajmy, piłkę zmierzającą po fantastycznym jej uderzeniu z woleja przez Sobka, wprost pod poprzeczkę naszej bramki.
Nasi obrońcy dwoją się i troją, by okiełznać rozpędzone Szombierki. Ale inicjatywa należy do gości.
W 31 minucie zastawiona przez nas pułapka ofsajdowa zawodzi. Poloczek wychodzi na pozycję sam na sam z Czekanowskim, prawdopodobnie o sekundę zagapił się Białas. Stadion zamiera, strzał Poloczka, piłka leci w światło bramki !!!. Czekanowski znowu wyciągnięty niczym struna, jakby chciał się wydłużyć w powietrzu, kolejna wspaniała robinsonada, wyczuł intencje strzelca, ale czy dosięgnie piłki ?! Dosięgnął, znowu koniuszki palców ocierają się o powłokę piłki, ale to wystarcza, by zmieniła ona swój tor i pomknęła na kolejny rzut rożny.
Czekanowski lubił niekiedy interwencje "pod publiczkę", ale tym razem do efektownej, powietrznej parady zmusiła Go trzeźwa ocena sytuacji, brawo !.
Jeszcze zespół Unii i jego fani na dobre nie ochłonęli, a tu w 36 minucie kolejna świetna akcja Bytomian. Piłkę przejmuje Sobek, jest już przy nim Tyliszczak, ale pomimo największych starań nie może wybić piłki spod nóg reprezentanta Polski, ten umiejętnie ją zasłania,
któryś z pomocników Unii idzie koledze w sukurs, ale na niewiele się to zdaje. Sobek utrzymuje się przy piłce, piekielnie mocno uderza !. Czekanowski tym razem nawet nie próbuje interweniować, stoi jak wmurowany w boisko, podkręcona piłka ucieka od niego, jest coraz bardziej poza zasięgiem naszego bramkarza, jeszcze tylko ułamek sekundy i głośne uderzenie !
Sobek trafił w słupek !!!.
Na nasze szczęście akcja przeprowadzona była w błyskawicznym tempie i żaden z graczy Szombierek nie znalazł się w pobliżu odbitej futbolówki.
Szczęśliwie też spadła ona na nogę Tyliszczaka. Tego nawet koledzy nie musieli ponaglać do szybkiego jej wybicia, kropnął w piłkę z całych sił, trochę na oślep, byle dalej od naszej bramki.
Piłka mija kilku graczy i ląduje przed Witkiem. Ten również nie zastanawia się ani sekundy, ale jego podanie jest już mierzone, uruchamia w ataku Dubiela, krótka kiwka, zwód, Dubiel dostrzega wychodzącego na pozycję Spodzieję, podaje mu precyzyjnie piłkę, Spodzieja nawet nie podnosi głowy, baczy by piłka nie odskoczyła mu od nogi, strzela i po chwili słyszy ryk stadionu: Goooool, Goool !!!!!. Co za kontra Jaskółek !. 37 minuta przynosi nam prowadzenie !.
Unia prowadzi 1 : 0 z Szombierkami, po celnym trafieniu Spodzieji /Spodziei ?/ w 37 minucie meczu !!!.
Spodzieja cieszy się za dwóch, za trzech, ech, co tam będę wyliczał, cieszy się za stu strzelców. To Jego pierwszy gol w tych rozgrywkach !. Zawodnik, który wcześniej strzelał bramki na zawołanie, w inauguracyjnym sezonie Unii w II lidze musiał czekać aż do 8 kolejki na swojego gola !!!. Nie wytykałem Mu tego wcześniej, żeby nie zapeszyć i nie zdeprymować Go i żeby wreszcie ten upragniony gol w Jego wykonaniu padł. I jak widzicie, padł !!!.
I tym wynikiem 1:0 kończy się pierwsza połowa. Piana na ustach gości jakby obfitsza, co z satysfakcją odnotowuje "Praszczur", cdn...
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - część 19.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
8 KOLEJKA - UNIA TARNÓW - SZOMBIERKI BYTOM.
II POŁOWA
Po przerwie zaczynamy przeżywać równie trudne chwile, jak w pierwszej połowie. Szombierki walczą o wyrównanie, ich zawodników jest jakby więcej na murawie. Nasz atak nie potrafił odciążyć obrony skutecznymi akcjami.
Kibice żartowali, że w przerwie meczu gracze z linii napadu rozpoczęli świętowanie bramki i na boisku widać było naoczne tego efekty.
Ale tak naprawdę, to niewielu kibicom udzielał się nastrój wesołkowatości - ciężko wywalczone prowadzenie mogło w każdej chwili wymknąć się z naszych rąk. Prawie cały ciężar gry spada na naszą defensywę i Czekanowskiego.
Ale i my możemy mieć swoje kolejne pięć minut. Niestety, napastnicy nie wykorzystują kolejnych dobrych pozycji. Szanse na podwyższenie rezultatu mają Spodzieja i Dubiel, ale ich nie wykorzystują. Stadion natychmiast im to wybacza, wszyscy mają świeżo w pamięci znakomitą kontrę w wykonaniu tych zawodników, która przyniosła nam prowadzenie.
Już do końca meczu żadnej z drużyn nie udało się strzelić bramki.
Cel Szombierek, czyli zdobycie twierdzy Tarnów, nie powiódł się. Unia wygrywa z Szombierkami Bytom 1 : 0 !!!.
Wyjeżdżający ze stadionu Jaskółek piłkarze gości, chyba już cali otoczeni pianą, mieli zapewne tylko jedno marzenie: oby już nigdy więcej do Tarnowa, a jeżeli już, to lepiej na stadion Tarnovii - tam się przynajmniej niekiedy remisowało !!!.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
8 KOLEJKA - UNIA TARNÓW - SZOMBIERKI BYTOM.
II POŁOWA
Po przerwie zaczynamy przeżywać równie trudne chwile, jak w pierwszej połowie. Szombierki walczą o wyrównanie, ich zawodników jest jakby więcej na murawie. Nasz atak nie potrafił odciążyć obrony skutecznymi akcjami.
Kibice żartowali, że w przerwie meczu gracze z linii napadu rozpoczęli świętowanie bramki i na boisku widać było naoczne tego efekty.
Ale tak naprawdę, to niewielu kibicom udzielał się nastrój wesołkowatości - ciężko wywalczone prowadzenie mogło w każdej chwili wymknąć się z naszych rąk. Prawie cały ciężar gry spada na naszą defensywę i Czekanowskiego.
Ale i my możemy mieć swoje kolejne pięć minut. Niestety, napastnicy nie wykorzystują kolejnych dobrych pozycji. Szanse na podwyższenie rezultatu mają Spodzieja i Dubiel, ale ich nie wykorzystują. Stadion natychmiast im to wybacza, wszyscy mają świeżo w pamięci znakomitą kontrę w wykonaniu tych zawodników, która przyniosła nam prowadzenie.
Już do końca meczu żadnej z drużyn nie udało się strzelić bramki.
Cel Szombierek, czyli zdobycie twierdzy Tarnów, nie powiódł się. Unia wygrywa z Szombierkami Bytom 1 : 0 !!!.
Wyjeżdżający ze stadionu Jaskółek piłkarze gości, chyba już cali otoczeni pianą, mieli zapewne tylko jedno marzenie: oby już nigdy więcej do Tarnowa, a jeżeli już, to lepiej na stadion Tarnovii - tam się przynajmniej niekiedy remisowało !!!.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - część 20.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
Nie tylko lata 50 -te, ale i dużo późniejsze, dzieli od XXI wieku "przepastna przepaść". I to nie tylko w tym, że w przeszłości Jaskółki pojawiały się na zapleczu odpowiednika dzisiejszej ekstraklasy, ale i w np. komunikacji, przekazywaniu informacji, sprawozdań z meczów. Sam pamiętam czasy, kiedy na budynku gazety "Tempo" wywieszano tablice z wynikami gier, które do redakcji sukcesywnie napływały przez faksy, czy telefony stacjonarne. Trudno sobie to wyobrazić, ale nikt nie słyszał o telefonach komórkowych. W pamięci przechowuję taką scenę: otwiera się okno w redakcji, pojawia się jakiś pracownik z obłędem w oczach i krzyczy: 'Cracovia wygrała". Przy okazji od razu było widać, kto z czeredy oczekujących kibiców sympatyzuje Cracovii, a kto Wiśle. Jeśli zespół grał w niższej klasie, niż druga, to często trzeba było czekać do poniedziałku i dreptać pod kioskiem "Ruchu", w oczekiwaniu na dostawę prasy. Często, gęsto, trudno było nawet ustalić kiedy i o której godzinie odbędzie się mecz ulubionej drużyny, zwłaszcza wyjazdowy. Zresztą taką sytuację z 1959r. opiszę. Sam tego doświadczyłem jeszcze w latach 70 -tych. Namówiłem kolegę, niezbyt zainteresowanego sportowymi zmaganiami, by pojechał ze mną na wyjazdowy mecz do Krosna. Wpadamy na stadion, a tam słychać głośny szmer. Tłum faluje ?. A skąd !. To był szmer liści zamiatanych przez gospodarza obiektu. Okazało się, że mecz został przełożony na poprzedni dzień i już go rozegrano. Dzisiaj bycie Kibicem to przygoda łatwa, lekka i przyjemna.
Dlaczego o tym piszę ?. Ano dlatego, że i ja chciałem Was wprowadzić w atmosferę tamtych dni i dopiero dziś dotrą do Was wyniki 2 i 7 kolejki rozgrywek II ligi a.d. 1959r. Oczywiście podam rezultaty i 8 kolejki oraz tabelę po wszystkich rundach. Miłej lektury, nie musicie iść pod kiosk z gazetami /kto je zresztą dzisiaj czyta ?/.
2 KOLEJKA - wyniki: Unia Racibórz wygrała z Piastem Gliwice 2:1, Mielec -Sosnowiec 0:1, Legia - Walter 2:0, Stal Rzeszów - Szombierki 1:0, Concordia Knurów - Naprzód Lipiny 2:0. Przypominam: Unia przegrała na Wawelu 0:1.
7 KOLEJKA przyniosła następujące wyniki:
Wawel nie pozostawił złudzeń Concordii i wygrał 5:0, w takim samym stosunku bramkowym Szombierki wygrały z Piastem i to była już duża niespodzianka, Stal Rzeszów - Unia Racibórz 0:0, Stal Mielec - Walter 1:0, Legia Krosno - Stal Sosnowiec 0:0.
W 8 kolejce nasi rywale uzyskali następujące wyniki:
Piast Gliwice wygrał z Concordią Knurów 3:1,
czerwona latarnia rozgrywek: Walter Rzeszów nie miał żadnych szans w konfrontacji ze Stalą Sosnowiec i padł w stosunku 1:6, Unia Racibórz wysoko wygrała z Naprzodem Lipiny 5:2, Legia Krosno - Stal Rzeszów 2:2.
Największa sensacja miała miejsce w Krakowie, gdzie jeden z faworytów rozgrywek - Wawel - przegrał 0:1 ze Stalą Mielec !!!.
Ten ostatni wynik miał oczywiście bezpośrednie przełożenie na tabelę.
TABELA PO 8 KOLEJKACH:
Na czoło tabeli przebiła się Stal Sosnowiec z 12 punktami.
Zaraz za nią usadowiła się grupa pościgowa, licząca 3 zespoły, a wśród nich była i nasza Unia.
Wawel Kraków, Stal Mielec i Jaskółki miały na koncie po 11 punktów !!!.
Kolejne miejsca zajmowały:
5/ - Unia Racibórz - 10 pkt;
6/-7/-8/ - Concordia, Piast, Stal Rzeszów - 8 pkt;
9/ - Naprzód - 7
10/ - Legia Krosno - 6 pkt;
11/ - Szombierki - 3 pkt;
12/ - Walter - 0 pkt.
Mam nadzieję, że nie ma tu pomyłek, dodam przy tym, że w tamtym czasie nawet gazety myliły graczy, a nawet wyniki, choć trzeba przyznać że była to przypadłość głównie lat wcześniejszych.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
Nie tylko lata 50 -te, ale i dużo późniejsze, dzieli od XXI wieku "przepastna przepaść". I to nie tylko w tym, że w przeszłości Jaskółki pojawiały się na zapleczu odpowiednika dzisiejszej ekstraklasy, ale i w np. komunikacji, przekazywaniu informacji, sprawozdań z meczów. Sam pamiętam czasy, kiedy na budynku gazety "Tempo" wywieszano tablice z wynikami gier, które do redakcji sukcesywnie napływały przez faksy, czy telefony stacjonarne. Trudno sobie to wyobrazić, ale nikt nie słyszał o telefonach komórkowych. W pamięci przechowuję taką scenę: otwiera się okno w redakcji, pojawia się jakiś pracownik z obłędem w oczach i krzyczy: 'Cracovia wygrała". Przy okazji od razu było widać, kto z czeredy oczekujących kibiców sympatyzuje Cracovii, a kto Wiśle. Jeśli zespół grał w niższej klasie, niż druga, to często trzeba było czekać do poniedziałku i dreptać pod kioskiem "Ruchu", w oczekiwaniu na dostawę prasy. Często, gęsto, trudno było nawet ustalić kiedy i o której godzinie odbędzie się mecz ulubionej drużyny, zwłaszcza wyjazdowy. Zresztą taką sytuację z 1959r. opiszę. Sam tego doświadczyłem jeszcze w latach 70 -tych. Namówiłem kolegę, niezbyt zainteresowanego sportowymi zmaganiami, by pojechał ze mną na wyjazdowy mecz do Krosna. Wpadamy na stadion, a tam słychać głośny szmer. Tłum faluje ?. A skąd !. To był szmer liści zamiatanych przez gospodarza obiektu. Okazało się, że mecz został przełożony na poprzedni dzień i już go rozegrano. Dzisiaj bycie Kibicem to przygoda łatwa, lekka i przyjemna.
Dlaczego o tym piszę ?. Ano dlatego, że i ja chciałem Was wprowadzić w atmosferę tamtych dni i dopiero dziś dotrą do Was wyniki 2 i 7 kolejki rozgrywek II ligi a.d. 1959r. Oczywiście podam rezultaty i 8 kolejki oraz tabelę po wszystkich rundach. Miłej lektury, nie musicie iść pod kiosk z gazetami /kto je zresztą dzisiaj czyta ?/.
2 KOLEJKA - wyniki: Unia Racibórz wygrała z Piastem Gliwice 2:1, Mielec -Sosnowiec 0:1, Legia - Walter 2:0, Stal Rzeszów - Szombierki 1:0, Concordia Knurów - Naprzód Lipiny 2:0. Przypominam: Unia przegrała na Wawelu 0:1.
7 KOLEJKA przyniosła następujące wyniki:
Wawel nie pozostawił złudzeń Concordii i wygrał 5:0, w takim samym stosunku bramkowym Szombierki wygrały z Piastem i to była już duża niespodzianka, Stal Rzeszów - Unia Racibórz 0:0, Stal Mielec - Walter 1:0, Legia Krosno - Stal Sosnowiec 0:0.
W 8 kolejce nasi rywale uzyskali następujące wyniki:
Piast Gliwice wygrał z Concordią Knurów 3:1,
czerwona latarnia rozgrywek: Walter Rzeszów nie miał żadnych szans w konfrontacji ze Stalą Sosnowiec i padł w stosunku 1:6, Unia Racibórz wysoko wygrała z Naprzodem Lipiny 5:2, Legia Krosno - Stal Rzeszów 2:2.
Największa sensacja miała miejsce w Krakowie, gdzie jeden z faworytów rozgrywek - Wawel - przegrał 0:1 ze Stalą Mielec !!!.
Ten ostatni wynik miał oczywiście bezpośrednie przełożenie na tabelę.
TABELA PO 8 KOLEJKACH:
Na czoło tabeli przebiła się Stal Sosnowiec z 12 punktami.
Zaraz za nią usadowiła się grupa pościgowa, licząca 3 zespoły, a wśród nich była i nasza Unia.
Wawel Kraków, Stal Mielec i Jaskółki miały na koncie po 11 punktów !!!.
Kolejne miejsca zajmowały:
5/ - Unia Racibórz - 10 pkt;
6/-7/-8/ - Concordia, Piast, Stal Rzeszów - 8 pkt;
9/ - Naprzód - 7
10/ - Legia Krosno - 6 pkt;
11/ - Szombierki - 3 pkt;
12/ - Walter - 0 pkt.
Mam nadzieję, że nie ma tu pomyłek, dodam przy tym, że w tamtym czasie nawet gazety myliły graczy, a nawet wyniki, choć trzeba przyznać że była to przypadłość głównie lat wcześniejszych.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - część 21.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
9 KOLEJKA - CONCORDIA KNURÓW - UNIA TARNÓW.
Nie przypadkowo lekko wprowadziłem Was w specyficzną atmosferę tamtych lat. To było potrzebne, ponieważ atmosfera jaka wytworzyła się wokół meczu w Knurowie była co najmniej mroczna. Dosłownie wokół tego meczu panował nieprzenikniony mrok. Praszczur użył po meczu zwrotu 'palanty", nie dookreślając, kogo ma na myśli. Z zapisku mogę się jedynie domyślać, że chodziło Mu o tych, którzy sprawili, że zarówno przed, jak i po meczu, niewiele o nim było wiadomo. Na pewno "Praszczur" tego utajnionego widowiska nie oglądał, a skąd czerpał skąpe o nim informacje, tego już nie odtworzę. Zupełnie przypadkowo, kreśląc słowo "palanty", jednak otarł się o historię tego klubu. Pierwszą sekcją w Concordii była bowiem piłka palantowa. Na początku lat 50 -tych awansowali do II ligi /pod nazwą Górnik Knurów/. Najsłynniejszym ich wychowankiem był oczywiście bramkarz Jerzy Dudek, ale w 1959r. nie było Go jeszcze na świecie.
Skład Unii jaki wypisał "Praszczur", to: Czekanowski, Tyliszczak, Białas, Guzy, Nowak, Witek, Czarnecki, Dubiel, Palemba, Spodzieja, Grad. Zaznaczył, że według niektórych źródeł na murawie zabrakło Dubiela. Podobno oba zespoły zagrały odważnie, wytrzymując kondycyjnie żwawe widowisko.
Pierwszego gola zdobyły Jaskółki w 25 minucie. Ponoć gazety wskazały jako strzelca Palembę. Z wywiadu przeprowadzonego przez 'Praszczura" wynikało jednak, że był nim Spodzieja. Nie budził natomiast wątpliwości fakt, że riposta przyszła szybko, bo w 32 minucie gospodarze wyrównali.
I też takim wynikiem 1:1 zakończył się ten tajemniczy mecz.
W pojedynku na szczycie Stal Sosnowiec wygrała z Wawelem 1:0, Stal Mielec zremisowała z Unią Racibórz 1:1, Szombierki - Walter 2:0, Stal Rzeszów - Piast 2:2, Naprzód - Legia 1:0.
TABELA PO 9 KOLEJKACH:
1/ - STAL SOSNOWIEC - 14 pkt;
2 - 3/ UNIA TARNÓW i STAL MIELEC po 12 pkt !!!;
4/-5/- UNIA RACIBÓRZ i WAWEL po 11 pkt;
6/- NAPRZÓD - 10 pkt /przy liczeniu, podumowaując 8 kolejek, błędnie nie dodałem im 1 pkt/;
7/-8/-9/- CONCORDIA, PIAST, STAL RZESZÓW po 9 pkt;
10/ -LEGIA - 6 pkt;
11/- SZOMBIERKI - 5 pkt;
12/ - WALTER - 0 pkt.
Nie było już żadnych wątpliwości - beniaminek z Tarnowa był prawdziwą rewelacją rozgrywek !. A hitem 10 kolejki miał być mecz pomiędzy wiceliderami: Unią i Stalą Mielec !. Tymczasem lider Stal Sosnowiec miała, jak to na Śląsku "godajom", "pieroński" wyjazd do Piasta Gliwice, który na swoim stadionie przegrał tylko z Jaskółkami !. Czy Unia wykorzysta szansę na podbój fotela lidera ? - o tym dowiemy się z kolejnego odcinka niekończącej się Historii ZKS !.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
9 KOLEJKA - CONCORDIA KNURÓW - UNIA TARNÓW.
Nie przypadkowo lekko wprowadziłem Was w specyficzną atmosferę tamtych lat. To było potrzebne, ponieważ atmosfera jaka wytworzyła się wokół meczu w Knurowie była co najmniej mroczna. Dosłownie wokół tego meczu panował nieprzenikniony mrok. Praszczur użył po meczu zwrotu 'palanty", nie dookreślając, kogo ma na myśli. Z zapisku mogę się jedynie domyślać, że chodziło Mu o tych, którzy sprawili, że zarówno przed, jak i po meczu, niewiele o nim było wiadomo. Na pewno "Praszczur" tego utajnionego widowiska nie oglądał, a skąd czerpał skąpe o nim informacje, tego już nie odtworzę. Zupełnie przypadkowo, kreśląc słowo "palanty", jednak otarł się o historię tego klubu. Pierwszą sekcją w Concordii była bowiem piłka palantowa. Na początku lat 50 -tych awansowali do II ligi /pod nazwą Górnik Knurów/. Najsłynniejszym ich wychowankiem był oczywiście bramkarz Jerzy Dudek, ale w 1959r. nie było Go jeszcze na świecie.
Skład Unii jaki wypisał "Praszczur", to: Czekanowski, Tyliszczak, Białas, Guzy, Nowak, Witek, Czarnecki, Dubiel, Palemba, Spodzieja, Grad. Zaznaczył, że według niektórych źródeł na murawie zabrakło Dubiela. Podobno oba zespoły zagrały odważnie, wytrzymując kondycyjnie żwawe widowisko.
Pierwszego gola zdobyły Jaskółki w 25 minucie. Ponoć gazety wskazały jako strzelca Palembę. Z wywiadu przeprowadzonego przez 'Praszczura" wynikało jednak, że był nim Spodzieja. Nie budził natomiast wątpliwości fakt, że riposta przyszła szybko, bo w 32 minucie gospodarze wyrównali.
I też takim wynikiem 1:1 zakończył się ten tajemniczy mecz.
W pojedynku na szczycie Stal Sosnowiec wygrała z Wawelem 1:0, Stal Mielec zremisowała z Unią Racibórz 1:1, Szombierki - Walter 2:0, Stal Rzeszów - Piast 2:2, Naprzód - Legia 1:0.
TABELA PO 9 KOLEJKACH:
1/ - STAL SOSNOWIEC - 14 pkt;
2 - 3/ UNIA TARNÓW i STAL MIELEC po 12 pkt !!!;
4/-5/- UNIA RACIBÓRZ i WAWEL po 11 pkt;
6/- NAPRZÓD - 10 pkt /przy liczeniu, podumowaując 8 kolejek, błędnie nie dodałem im 1 pkt/;
7/-8/-9/- CONCORDIA, PIAST, STAL RZESZÓW po 9 pkt;
10/ -LEGIA - 6 pkt;
11/- SZOMBIERKI - 5 pkt;
12/ - WALTER - 0 pkt.
Nie było już żadnych wątpliwości - beniaminek z Tarnowa był prawdziwą rewelacją rozgrywek !. A hitem 10 kolejki miał być mecz pomiędzy wiceliderami: Unią i Stalą Mielec !. Tymczasem lider Stal Sosnowiec miała, jak to na Śląsku "godajom", "pieroński" wyjazd do Piasta Gliwice, który na swoim stadionie przegrał tylko z Jaskółkami !. Czy Unia wykorzysta szansę na podbój fotela lidera ? - o tym dowiemy się z kolejnego odcinka niekończącej się Historii ZKS !.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - część 22.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
PIŁKARSKIE TOURNEE PO ZSRR /Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich/.
Mecz z Concordią rozegrano prawdopodobnie 17 maja 1959r. Potem w rozgrywkach nastąpiła spora przerwa. Hitowe spotkanie ze Stalą Mielec miano rozegrać dopiero 14 czerwca. Kierownictwo Klubu uczyniło wszystko, by zespół był optymalnie przygotowany do tej konfrontacji. Postanowiono, że drużyna rozegra aż 3 mecze z zagranicznymi przeciwnikami. Wybór padł na ZSRR. Tam czekały już na nas zespoły z II ligi:
Metalurg Zaporoże, Chemik Dnieprodzierżyńsk /późniejsza Stal Kamieńskie/ oraz Lokomotiw Winnica /obecnie wszystkie miasta leżą na Ukrainie/.
Najpierw na naszej drodze stanął Metałurh Zaporoże /wcześniej występowali pod nazwą Stal/. Lata 50 -te to były lata ich sukcesów. W 1951r. dotarli aż do 1/8 Pucharu Związku Radzieckiego. W 1952r. zostali najlepszym zespołem Ukraińskiej SRR, co zaowocowało awansem do Klasy "B" Mistrzostw ZSRR. Był to wysoki, bo drugi poziom rozgrywek w tym kraju. Żeby mieć lepsze rozeznanie co do ówczesnego piłkarskiego poziomu gier w ZSRR dodam, że w 1956r. reprezentacja tego kraju zdobyła złoty medal na Olimpiadzie w Melbourne. W tym okresie w kadrze zaczął pojawiać się rewelacyjny bramkarz Lew Jaszyn /zdobywca Złotej Piłki/. I tu pojawia się "polski ślad". W eliminacjach do Mistrzostw Świata w 1957r. Polsce przyszło rywalizować w jednej grupie z m.in. ZSRR. Na wyjeździe Polska przegrała aż 0:3. Rewanż to już prawdziwa legenda polskiej piłki nożnej. Gerard Cieślik strzelił 2 gole Jaszynowi i spotkanie wygraliśmy 2:1. Niestety w barażu ulegliśmy rywalowi i to on pojechał na Mistrzostwa Świata.
Z tego historycznego tła wynika, że Metalurg /i pozostali sparingpartnerzy Unii/, grając w odpowiedniku naszej II ligi, musieli reprezentować solidny poziom.
Tak na marginesie: Metalurg przez lata utrzymywał dobre kontakty z polskimi zespołami. W styczniu 2010r. rozegrali sparing z Legią Warszawa /wygrali 1:0/, a w lutym 2010r. podczas zgrupowania w Hiszpanii pokonali krakowską Wisłę 3 : 2.
A jednak Unia wygrała !. Zapewne ani Legia, ani Wisła nawet nie podejrzewają, że Metalurg przetrzepał im futerka, by zmazać przynajmniej częściowo plamę, jaką była dla tych "maładców", porażka z Unią w 1959 r. 0 : 1 ! Tak, tak - chemicy z Tarnowa okazali się twardsi od zaporoskiej stali. Tak, tak - Jaskółki nie przestraszyły się nawet innego miana przeciwnika /"Kozacy"/.
W tej sytuacji w kolejnym meczu sprytnie wystawiono przeciwko unistom również ... chemików !. Na wszelki wypadek do rywalizacji dodano jeszcze gratis samego Feliksa Dzierżyńskiego, coby naszym bardziej miękko się zrobiło. Rywalem był bowiem Chemik Dnieprodzierżyńsk. Ale Unia i tym razem nie ugięła się i sięgnęła po cenny remis 0 : 0.
Po jakimś czasie Chemika przemianowano na Stal, pewnie żeby wzmocnić jego siły, nadwątlone meczem z Unią .
Cóż mogli zrobić Rosjanie w takiej sytuacji ? Zawiedli metalurgowie, zawiedli chemicy, no cóż, pozostało tylko wytoczyć przeciwko Unii ... Lokomotywę !. Lokomotywa była z Winnicy /później m.in. nazwa Niwa Winnica/.
I dopiero Lokomotiw Winnica sprawił, że Unia mogła liczyć na kolejne zaproszenie z Kraju Rad. Gospodarze rozjechali bowiem nasze Jaskółki 3 : 0 i przynajmniej w małej części przywrócili dobre imię radzieckich II - ligowców.
Jak donosiła polska prasa, Unia w trzecim sparingu była już zmęczona zagranicznym wojażem...
"Praszczur" pozwolił sobie w notce na małą wesołkowatość, nadmieniając, że jego znajomy podczas pobytu w ZSRR, czuł się zmęczony już po pierwszym dniu, a głowę miał ponoć tęgą. Oczywiście piłkarze mieli prawo czuć się zmęczonymi ze zgoła innego powodu: 3 mecze z dobrymi przeciwnikami, w krótkim czasie rozegrane, miały prawo nadwątlić siły.
W tych warunkach nie było miejsca na wątpliwości - zawodnicy Unii byli dobrze przygotowani do meczu ze Stalą Mielec !.
No to co ? - czas iść na stadion Jaskółek, czeka nas spora dawka emocji !.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !
PIŁKARSKIE TOURNEE PO ZSRR /Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich/.
Mecz z Concordią rozegrano prawdopodobnie 17 maja 1959r. Potem w rozgrywkach nastąpiła spora przerwa. Hitowe spotkanie ze Stalą Mielec miano rozegrać dopiero 14 czerwca. Kierownictwo Klubu uczyniło wszystko, by zespół był optymalnie przygotowany do tej konfrontacji. Postanowiono, że drużyna rozegra aż 3 mecze z zagranicznymi przeciwnikami. Wybór padł na ZSRR. Tam czekały już na nas zespoły z II ligi:
Metalurg Zaporoże, Chemik Dnieprodzierżyńsk /późniejsza Stal Kamieńskie/ oraz Lokomotiw Winnica /obecnie wszystkie miasta leżą na Ukrainie/.
Najpierw na naszej drodze stanął Metałurh Zaporoże /wcześniej występowali pod nazwą Stal/. Lata 50 -te to były lata ich sukcesów. W 1951r. dotarli aż do 1/8 Pucharu Związku Radzieckiego. W 1952r. zostali najlepszym zespołem Ukraińskiej SRR, co zaowocowało awansem do Klasy "B" Mistrzostw ZSRR. Był to wysoki, bo drugi poziom rozgrywek w tym kraju. Żeby mieć lepsze rozeznanie co do ówczesnego piłkarskiego poziomu gier w ZSRR dodam, że w 1956r. reprezentacja tego kraju zdobyła złoty medal na Olimpiadzie w Melbourne. W tym okresie w kadrze zaczął pojawiać się rewelacyjny bramkarz Lew Jaszyn /zdobywca Złotej Piłki/. I tu pojawia się "polski ślad". W eliminacjach do Mistrzostw Świata w 1957r. Polsce przyszło rywalizować w jednej grupie z m.in. ZSRR. Na wyjeździe Polska przegrała aż 0:3. Rewanż to już prawdziwa legenda polskiej piłki nożnej. Gerard Cieślik strzelił 2 gole Jaszynowi i spotkanie wygraliśmy 2:1. Niestety w barażu ulegliśmy rywalowi i to on pojechał na Mistrzostwa Świata.
Z tego historycznego tła wynika, że Metalurg /i pozostali sparingpartnerzy Unii/, grając w odpowiedniku naszej II ligi, musieli reprezentować solidny poziom.
Tak na marginesie: Metalurg przez lata utrzymywał dobre kontakty z polskimi zespołami. W styczniu 2010r. rozegrali sparing z Legią Warszawa /wygrali 1:0/, a w lutym 2010r. podczas zgrupowania w Hiszpanii pokonali krakowską Wisłę 3 : 2.
A jednak Unia wygrała !. Zapewne ani Legia, ani Wisła nawet nie podejrzewają, że Metalurg przetrzepał im futerka, by zmazać przynajmniej częściowo plamę, jaką była dla tych "maładców", porażka z Unią w 1959 r. 0 : 1 ! Tak, tak - chemicy z Tarnowa okazali się twardsi od zaporoskiej stali. Tak, tak - Jaskółki nie przestraszyły się nawet innego miana przeciwnika /"Kozacy"/.
W tej sytuacji w kolejnym meczu sprytnie wystawiono przeciwko unistom również ... chemików !. Na wszelki wypadek do rywalizacji dodano jeszcze gratis samego Feliksa Dzierżyńskiego, coby naszym bardziej miękko się zrobiło. Rywalem był bowiem Chemik Dnieprodzierżyńsk. Ale Unia i tym razem nie ugięła się i sięgnęła po cenny remis 0 : 0.
Po jakimś czasie Chemika przemianowano na Stal, pewnie żeby wzmocnić jego siły, nadwątlone meczem z Unią .
Cóż mogli zrobić Rosjanie w takiej sytuacji ? Zawiedli metalurgowie, zawiedli chemicy, no cóż, pozostało tylko wytoczyć przeciwko Unii ... Lokomotywę !. Lokomotywa była z Winnicy /później m.in. nazwa Niwa Winnica/.
I dopiero Lokomotiw Winnica sprawił, że Unia mogła liczyć na kolejne zaproszenie z Kraju Rad. Gospodarze rozjechali bowiem nasze Jaskółki 3 : 0 i przynajmniej w małej części przywrócili dobre imię radzieckich II - ligowców.
Jak donosiła polska prasa, Unia w trzecim sparingu była już zmęczona zagranicznym wojażem...
"Praszczur" pozwolił sobie w notce na małą wesołkowatość, nadmieniając, że jego znajomy podczas pobytu w ZSRR, czuł się zmęczony już po pierwszym dniu, a głowę miał ponoć tęgą. Oczywiście piłkarze mieli prawo czuć się zmęczonymi ze zgoła innego powodu: 3 mecze z dobrymi przeciwnikami, w krótkim czasie rozegrane, miały prawo nadwątlić siły.
W tych warunkach nie było miejsca na wątpliwości - zawodnicy Unii byli dobrze przygotowani do meczu ze Stalą Mielec !.
No to co ? - czas iść na stadion Jaskółek, czeka nas spora dawka emocji !.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - część 23.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !.
10 kolejka: UNIA TARNÓW - STAL MIELEC.
Trochę czasu nam zajęło dojście do bram stadionu, ale nie ma się co dziwić: na mecz przybyło 8 tysięcy widzów !. Słyszycie ten stadionowy szum? - tym razem to nie odgłos zamiatanych opadłych liści.
Ponieważ nieco czasu zajmie nam ulokowanie się na trybunach, przyjrzyjmy się rywalowi.
Jakże chciałoby się po raz pierwszy rzec, że oto na drodze Unii stanął wreszcie zespół nieopierzony, bez przeszłości i bez perspektyw. Ale przy prezentacji Stali Mielec i zapowiedzi tego meczu zapomnijmy o takim marzeniu.
W 10 - tej kolejce przyszło nam skonfrontować własne umiejętności z bardzo atrakcyjnym zespołem. Kierownictwo Stali Mielec z niebywałą konsekwencją od lat budowało drużynę, która miała przypuścić szturm na ekstraklasę. Mecz z Unią przypadał na finalny moment tej budowy.
Burząc chronologię zdarzeń, dodam: szturm udał się Stalowcom już w następnym sezonie i Mielec awansował w 1960r. do I ligi !.
Pierwszy krok w kierunku awansu Stal uczyniła już w 1955 r., kiedy to po raz pierwszy zagościła w II lidze. Mieli mocne finansowe wsparcie w prężnie rozwijających się zakładach WSK PZL - Mielec, które produkowały m.in. radzieckie myśliwce Mig. Kontraktowano dobrych graczy i jeszcze lepszych trenerów.
Do tych pierwszych zaliczyć należało choćby środkowego napastnika Helmuta Tobolika, który w 1959 r. należał do najlepszych graczy Stali, a w ogóle w okresie jego gier w II lidze strzelił dla niej łącznie prawie 60 bramek, nie stracił także tej skuteczności w czasie gry w I lidze.
W 1958 r. w Stali pojawił się /z Polonii Bytom/, kolejny nietuzinkowy napastnik - niski, ale dobry technicznie i zwinny - Alfred Gazda, który zakochał się w Stali - zresztą z wzajemnością, na okres 10 lat. Także i on trafiał do bramki rywali w I lidze.
Około 30 -ci goli, zdobytych w ok. 130 meczach, miał na koncie kolejny napastnik - Rajmund Kapuściński. On także później poznał smak pierwszoligowych rozgrywek.
Jakby tego było mało mocarny atak miał niezłe wsparcie w pomocy, w której w 1958r. pojawił się zawodnik Wisły Kraków - Kazimierz Budek. W razie potrzeby radził sobie też nieźle w ataku. Oczywiście również późniejszy pierwszoligowiec.
Jednak w pomocy brylował Henryk Czylok. To był nietuzinkowy talent, któremu jednak nie było dane dostąpić zaszczytu gry w Reprezentacji. A przecież cieszący się opinią fachowej gazeta "Sportowiec", umieścił Go wśród wyróżniajacych się piłkarzy Polski. Wygrał także jeden z plebiscytów na najlepszego zawodnika ziemi rzeszowskiej. Oczywiście i on grał w barwach Mielca w I lidze !.
Kibice Unii mieli także nadzieję na zobaczenie w akcji utalentowanego Zenona Książka. I nawet nie przypuszczali, że Zenon Książek zostanie w póżniejszych latach trenerem ... Jaskółek w II lidze /był też trenerem reprezentacji młodzieżowej Polski/. W 1959r. opuścił on jednak szeregi Stali.
Przykładowa prezentacja graczy Stali pokazuje, jaki olbrzymi potencjał tkwił w ich przednich formacjach.
Ale i obrona Stali miała się kim pochwalić. W latach 1958 - 1959 w reprezentacji Polski juniorów grał ich bramkarz Wiesław Pytlos. Ale kibice Unii mieli zapamiętać ze świetnej postawy innego znakomitego golkipera Ryszarda Mysiaka, którego wielu widziało nawet w reprezentacji kraju. To kolejny zawodnik, który bronił barw Stali także i po jej awansie do I ligi. W 1960r. wybrany został najlepszym zawodnikiem województwa rzeszowskiego, a w pokonanym polu zostawił wówczas legendarnego żużlowca Floriana Kapałę.
W tej linii rzucał się jeszcze w oczy lewy obrońca Leszek Gaj.
W tamtym okresie zespół Stali prowadziła śmietanka polskich Trenerów. W latach 1957 - 1958 szkoleniowcem Stali był legendarny Michał Matyas, który podjął się pracy w tym II - ligowym klubie, mając już na swoim koncie funkcję selekcjonera reprezentacji Polski. Sam zresztą wcześniej był wyróżniającym się piłkarzem m.in. Lechii i Pogoni Lwów oraz rzecz jasna reprezentantem Polski.
Zespół Stali na pewno pamiętał nauki tego szkoleniowca.
Unię miał rozpracować i pokonać kolejny trener Stali - słynny Antoni Brzeżańczyk, który już wtedy miał niezły warsztat, jako że wcześniej prowadził zespoły z Rzeszowa i Bydgoszczy. Stal pod Jego rządami doświadczyła metod trenerskich nie znanych ówczesnej braci piłkarskiej /prowadził po 2 -3 treningi jednego dnia/.
Jego umiejętności zostały docenione w latach 60 - tych, kiedy to został trenerem reprezentacji Polski. A przecież był to trener, którego bez obaw w latach 70 - tych zatrudniały: znakomity Feyenoord Rotterdam, kluby austriackie i greckie !!!.
I tak, przeciskając się przez tłum kibiców dobrnęliśmy do trybuny na stadionie Unii - czas najwyższy, by zobaczyć, jak beniaminek wypadł na tle przyszłych pierwszoligowców ...
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !.
10 kolejka: UNIA TARNÓW - STAL MIELEC.
Trochę czasu nam zajęło dojście do bram stadionu, ale nie ma się co dziwić: na mecz przybyło 8 tysięcy widzów !. Słyszycie ten stadionowy szum? - tym razem to nie odgłos zamiatanych opadłych liści.
Ponieważ nieco czasu zajmie nam ulokowanie się na trybunach, przyjrzyjmy się rywalowi.
Jakże chciałoby się po raz pierwszy rzec, że oto na drodze Unii stanął wreszcie zespół nieopierzony, bez przeszłości i bez perspektyw. Ale przy prezentacji Stali Mielec i zapowiedzi tego meczu zapomnijmy o takim marzeniu.
W 10 - tej kolejce przyszło nam skonfrontować własne umiejętności z bardzo atrakcyjnym zespołem. Kierownictwo Stali Mielec z niebywałą konsekwencją od lat budowało drużynę, która miała przypuścić szturm na ekstraklasę. Mecz z Unią przypadał na finalny moment tej budowy.
Burząc chronologię zdarzeń, dodam: szturm udał się Stalowcom już w następnym sezonie i Mielec awansował w 1960r. do I ligi !.
Pierwszy krok w kierunku awansu Stal uczyniła już w 1955 r., kiedy to po raz pierwszy zagościła w II lidze. Mieli mocne finansowe wsparcie w prężnie rozwijających się zakładach WSK PZL - Mielec, które produkowały m.in. radzieckie myśliwce Mig. Kontraktowano dobrych graczy i jeszcze lepszych trenerów.
Do tych pierwszych zaliczyć należało choćby środkowego napastnika Helmuta Tobolika, który w 1959 r. należał do najlepszych graczy Stali, a w ogóle w okresie jego gier w II lidze strzelił dla niej łącznie prawie 60 bramek, nie stracił także tej skuteczności w czasie gry w I lidze.
W 1958 r. w Stali pojawił się /z Polonii Bytom/, kolejny nietuzinkowy napastnik - niski, ale dobry technicznie i zwinny - Alfred Gazda, który zakochał się w Stali - zresztą z wzajemnością, na okres 10 lat. Także i on trafiał do bramki rywali w I lidze.
Około 30 -ci goli, zdobytych w ok. 130 meczach, miał na koncie kolejny napastnik - Rajmund Kapuściński. On także później poznał smak pierwszoligowych rozgrywek.
Jakby tego było mało mocarny atak miał niezłe wsparcie w pomocy, w której w 1958r. pojawił się zawodnik Wisły Kraków - Kazimierz Budek. W razie potrzeby radził sobie też nieźle w ataku. Oczywiście również późniejszy pierwszoligowiec.
Jednak w pomocy brylował Henryk Czylok. To był nietuzinkowy talent, któremu jednak nie było dane dostąpić zaszczytu gry w Reprezentacji. A przecież cieszący się opinią fachowej gazeta "Sportowiec", umieścił Go wśród wyróżniajacych się piłkarzy Polski. Wygrał także jeden z plebiscytów na najlepszego zawodnika ziemi rzeszowskiej. Oczywiście i on grał w barwach Mielca w I lidze !.
Kibice Unii mieli także nadzieję na zobaczenie w akcji utalentowanego Zenona Książka. I nawet nie przypuszczali, że Zenon Książek zostanie w póżniejszych latach trenerem ... Jaskółek w II lidze /był też trenerem reprezentacji młodzieżowej Polski/. W 1959r. opuścił on jednak szeregi Stali.
Przykładowa prezentacja graczy Stali pokazuje, jaki olbrzymi potencjał tkwił w ich przednich formacjach.
Ale i obrona Stali miała się kim pochwalić. W latach 1958 - 1959 w reprezentacji Polski juniorów grał ich bramkarz Wiesław Pytlos. Ale kibice Unii mieli zapamiętać ze świetnej postawy innego znakomitego golkipera Ryszarda Mysiaka, którego wielu widziało nawet w reprezentacji kraju. To kolejny zawodnik, który bronił barw Stali także i po jej awansie do I ligi. W 1960r. wybrany został najlepszym zawodnikiem województwa rzeszowskiego, a w pokonanym polu zostawił wówczas legendarnego żużlowca Floriana Kapałę.
W tej linii rzucał się jeszcze w oczy lewy obrońca Leszek Gaj.
W tamtym okresie zespół Stali prowadziła śmietanka polskich Trenerów. W latach 1957 - 1958 szkoleniowcem Stali był legendarny Michał Matyas, który podjął się pracy w tym II - ligowym klubie, mając już na swoim koncie funkcję selekcjonera reprezentacji Polski. Sam zresztą wcześniej był wyróżniającym się piłkarzem m.in. Lechii i Pogoni Lwów oraz rzecz jasna reprezentantem Polski.
Zespół Stali na pewno pamiętał nauki tego szkoleniowca.
Unię miał rozpracować i pokonać kolejny trener Stali - słynny Antoni Brzeżańczyk, który już wtedy miał niezły warsztat, jako że wcześniej prowadził zespoły z Rzeszowa i Bydgoszczy. Stal pod Jego rządami doświadczyła metod trenerskich nie znanych ówczesnej braci piłkarskiej /prowadził po 2 -3 treningi jednego dnia/.
Jego umiejętności zostały docenione w latach 60 - tych, kiedy to został trenerem reprezentacji Polski. A przecież był to trener, którego bez obaw w latach 70 - tych zatrudniały: znakomity Feyenoord Rotterdam, kluby austriackie i greckie !!!.
I tak, przeciskając się przez tłum kibiców dobrnęliśmy do trybuny na stadionie Unii - czas najwyższy, by zobaczyć, jak beniaminek wypadł na tle przyszłych pierwszoligowców ...
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1300
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII WIDZIANA OCZAMI JzK - część 24.
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !.
10 kolejka: UNIA TARNÓW - STAL MIELEC.
7 czerwca 1959r. Unia wybiega na boisko w składzie: Czekanowski,Tyliszczak, Białas, Kuciewicz, Guzy, Nowak, Witek, Dubiel, Palemba, Czarnecki, Spodzieja. Nie ma Rusinka !.
Ależ to było spotkanie !. Zaczęło się ostro. Część kibiców jeszcze stała pod bramami stadionu, gdy na jego płycie rozgrywał się dramat Jaskółek.
Jeśli ktoś spóźnił się na ten mecz dokładnie 5 minut, jeśli w tym czasie kupował bilety, to jedyne co usłyszał, to przytłumiony okrzyk "gooool"!. Jeśli zdyszany wbiegł na wał okalający boisko, to zobaczył nieznanych Mu z wyglądu piłkarzy ściskających się i skaczących z radości. Jeśli przyglądnął się lepiej, to niechybnie zobaczył trenera Stali - Brzeżańczyka z rękami w górze, w geście tryumfu.
Jeśli, nie wierząc jeszcze swoim oczom, zapytał obecnych na stadionie kibiców, kto zdobył bramkę, to usłyszał zdławioną odpowiedź: Alfred Gazda z Mielca !.
Stal Mielec prowadziła po 5 minutach 1:0 !!!.
Tak fatalnie zaczął się ten mecz dla Unii !!!.
Na szczęście "Praszczur" od pierwszych minut śledził poczynania zawodników. Musiał być to nokautujący cios i dla Niego, gdyż notka zawiera tylko krótką informację, że Gazda zachowywał się jak żywe srebro, obrona Unii miała problem z utrzymaniem go na smyczy /tak się wyraził/.
Stadion ucichł, piłkarze też wyglądali na oszołomionych. Za szybko, za szybko to się stało !. Przy każdej akcji gości, zamierały serca kibiców Jaskółek. Strata drugiego gola mogła być już nie do odrobienia. Piłkarze Unii wyglądali na lekko oszołomionych. Na szczęście kubeł zimnej wody wylany na graczy naszej obrony przyniósł z czasem także i pozytywny skutek. Grali bardzo skupieni i zdeterminowani. Z każdą upływającą chwilą Unia odzyskiwała wigor i animusz. Nie było innej rady - Stalowcy dyktowali tempo. Jeszcze jedna minuta, jeszcze dwie i Jaskółki stały się równorzędnym partnerem dla gości. Gra była bardzo szybka i to z obu stron. Kiedy Unia weszła na swoje obroty, okazało się się, że nie ustępujemy faworyzowanej Stali w żadnym z elementów piłkarskiej sztuki.
W 25 minucie dochodzi do spięcia pod bramką Mysiaka. Z tłumu piłkarzy do chwilowo bezpańskiej piłki wyskakuje, niczym z katapulty Palemba, wprawny ruch głową, idealnie uderzona piłka przelatuje obok interweniującego golkipera gości i tonie w ... bramce Stali. Mamy wyrównanie !!!. Jaskółki doprowadzają do remisu !!!. Szał radości na trybunach, wracamy do gry. Niektóre gazety podały nazajutrz, że gola zdobył Kalemba. To był napastnik Jaskółek, ale z moich materiałów wynika, że pojawił się w składzie dopiero w 13 kolejce.
Wynik spotkania nie zmienia jego obrazu. Mielec nie cacka się z Unią, walczy o kolejnego gola, ale i Unia już nie poczytuje sobie remisu za zadawalający rezultat, cdn ...
1959 r. - pierwsza w historii klubu II liga !.
10 kolejka: UNIA TARNÓW - STAL MIELEC.
7 czerwca 1959r. Unia wybiega na boisko w składzie: Czekanowski,Tyliszczak, Białas, Kuciewicz, Guzy, Nowak, Witek, Dubiel, Palemba, Czarnecki, Spodzieja. Nie ma Rusinka !.
Ależ to było spotkanie !. Zaczęło się ostro. Część kibiców jeszcze stała pod bramami stadionu, gdy na jego płycie rozgrywał się dramat Jaskółek.
Jeśli ktoś spóźnił się na ten mecz dokładnie 5 minut, jeśli w tym czasie kupował bilety, to jedyne co usłyszał, to przytłumiony okrzyk "gooool"!. Jeśli zdyszany wbiegł na wał okalający boisko, to zobaczył nieznanych Mu z wyglądu piłkarzy ściskających się i skaczących z radości. Jeśli przyglądnął się lepiej, to niechybnie zobaczył trenera Stali - Brzeżańczyka z rękami w górze, w geście tryumfu.
Jeśli, nie wierząc jeszcze swoim oczom, zapytał obecnych na stadionie kibiców, kto zdobył bramkę, to usłyszał zdławioną odpowiedź: Alfred Gazda z Mielca !.
Stal Mielec prowadziła po 5 minutach 1:0 !!!.
Tak fatalnie zaczął się ten mecz dla Unii !!!.
Na szczęście "Praszczur" od pierwszych minut śledził poczynania zawodników. Musiał być to nokautujący cios i dla Niego, gdyż notka zawiera tylko krótką informację, że Gazda zachowywał się jak żywe srebro, obrona Unii miała problem z utrzymaniem go na smyczy /tak się wyraził/.
Stadion ucichł, piłkarze też wyglądali na oszołomionych. Za szybko, za szybko to się stało !. Przy każdej akcji gości, zamierały serca kibiców Jaskółek. Strata drugiego gola mogła być już nie do odrobienia. Piłkarze Unii wyglądali na lekko oszołomionych. Na szczęście kubeł zimnej wody wylany na graczy naszej obrony przyniósł z czasem także i pozytywny skutek. Grali bardzo skupieni i zdeterminowani. Z każdą upływającą chwilą Unia odzyskiwała wigor i animusz. Nie było innej rady - Stalowcy dyktowali tempo. Jeszcze jedna minuta, jeszcze dwie i Jaskółki stały się równorzędnym partnerem dla gości. Gra była bardzo szybka i to z obu stron. Kiedy Unia weszła na swoje obroty, okazało się się, że nie ustępujemy faworyzowanej Stali w żadnym z elementów piłkarskiej sztuki.
W 25 minucie dochodzi do spięcia pod bramką Mysiaka. Z tłumu piłkarzy do chwilowo bezpańskiej piłki wyskakuje, niczym z katapulty Palemba, wprawny ruch głową, idealnie uderzona piłka przelatuje obok interweniującego golkipera gości i tonie w ... bramce Stali. Mamy wyrównanie !!!. Jaskółki doprowadzają do remisu !!!. Szał radości na trybunach, wracamy do gry. Niektóre gazety podały nazajutrz, że gola zdobył Kalemba. To był napastnik Jaskółek, ale z moich materiałów wynika, że pojawił się w składzie dopiero w 13 kolejce.
Wynik spotkania nie zmienia jego obrazu. Mielec nie cacka się z Unią, walczy o kolejnego gola, ale i Unia już nie poczytuje sobie remisu za zadawalający rezultat, cdn ...
