HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1305
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII, WIDZIANA OCZAMI JzK - część 182.
1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
POZOSTAŁE WYNIKI i TABELA PO 6 KOLEJKACH.
Sypnęło sporymi niespodziankami. Rewelacja rozgrywek MZKS Krosno przegrało u siebie z Arką Gdynia 0:1 !. Kolejny czołowy zespół Arkonia, zaledwie zremisowała z Unią Racibórz 0:0.
I tylko Śląsk Wrocław nie zawiódł, wygrywając z Garbarnią 3:2.
Najwyższe zwycięstwo odniosła Gwardia Warszawa nad Piastem, bo 3:0.
Poza tym padły następujące wyniki:
Lublinianka - Olimpia 2:3 - i to były pierwsze punkty w rozgrywkach zespołu z Poznania, Bałtyk - Pogoń 2:0, Calisia - Polonia 1:0 i
Naprzód - Stal Rzeszów 1:0.
TABELA PO 6 KOLEJKACH:
1-2/ ŚLĄSK Wrocław i ARKONIA Szczecin - po 11 pkt;
3/ Krosno - 9 pkt;
4/-5/ Gwardia Warszawa i Naprzód - po 8 pkt;
6/ Unia Racibórz - 7 pkt;
7- 8 - 9/ UNIA TARNÓW, Pogoń Szczecin i Calisia - po 6 pkt;
10 - 14/ Arka Gdynia, Wawel, Lublinianka, Bałtyk Gdynia i Stal Rzeszów- po 5 pkt;
15/ Garbarnia - 4 pkt;
16/ Polonia Warszawa - 3 pkt;
17 - 18/ Piast Gliwice i Olimpia Poznań- po 2 pkt.
Nadchodząca 7 kolejka niosła ze sobą konfrontację Unii z liderem rozgrywek - Śląskiem Wrocław !.
1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
POZOSTAŁE WYNIKI i TABELA PO 6 KOLEJKACH.
Sypnęło sporymi niespodziankami. Rewelacja rozgrywek MZKS Krosno przegrało u siebie z Arką Gdynia 0:1 !. Kolejny czołowy zespół Arkonia, zaledwie zremisowała z Unią Racibórz 0:0.
I tylko Śląsk Wrocław nie zawiódł, wygrywając z Garbarnią 3:2.
Najwyższe zwycięstwo odniosła Gwardia Warszawa nad Piastem, bo 3:0.
Poza tym padły następujące wyniki:
Lublinianka - Olimpia 2:3 - i to były pierwsze punkty w rozgrywkach zespołu z Poznania, Bałtyk - Pogoń 2:0, Calisia - Polonia 1:0 i
Naprzód - Stal Rzeszów 1:0.
TABELA PO 6 KOLEJKACH:
1-2/ ŚLĄSK Wrocław i ARKONIA Szczecin - po 11 pkt;
3/ Krosno - 9 pkt;
4/-5/ Gwardia Warszawa i Naprzód - po 8 pkt;
6/ Unia Racibórz - 7 pkt;
7- 8 - 9/ UNIA TARNÓW, Pogoń Szczecin i Calisia - po 6 pkt;
10 - 14/ Arka Gdynia, Wawel, Lublinianka, Bałtyk Gdynia i Stal Rzeszów- po 5 pkt;
15/ Garbarnia - 4 pkt;
16/ Polonia Warszawa - 3 pkt;
17 - 18/ Piast Gliwice i Olimpia Poznań- po 2 pkt.
Nadchodząca 7 kolejka niosła ze sobą konfrontację Unii z liderem rozgrywek - Śląskiem Wrocław !.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1305
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII, WIDZIANA OCZAMI JzK - część 183.
1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
UNIA - ŚLĄSK WROCŁAW - I POŁOWA
Unia przy Śląsku mogła się poczuć niczym staruszka przy młodzieńcu. Początki Śląska sięgały bowiem zaledwie lat 40. ubiegłego wieku. Ale goście mogli już u zarania swojego istnienia pochwalić się kibicami w Przemyślu, Krakowie i w Riazaniu /obecnie Rosja, wówczas Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich/. To bowiem z Przemyśla w 1946r. przeniesiono do Wrocławia Oficerską Szkołę Saperów. Przy niej funkcjonował Klub "Pionier" /niektóre źródła "Saper"/. Z kolei z Krakowa do Wrocławia przeniesiono również Szkołę Oficerską, tyle że Piechoty. Jeszcze za czasów krakowskich przy Szkole działał Klub Sportowy "Podchorążak". A skąd Riazań ?. Otóż "Podchorążak" powstał podczas II wojny światowej w Riazaniu przy tworzącej się na tamtym terenie Szkole Piechoty. Tradycje tego Klubu kontynuowano w Krakowie.
Już w 1946r. Pionier brał udział w rozgrywkach B - klasy i co poniektórzy tę datę przyjmują za prapoczątek Śląska. Dalsze losy przywołanych klubów były do przewidzenia; "Podchorążak" i ' Pionier /'"Saper"/ mieli się ku sobie, zapałali wzajemną miłością i doszło do zaślubin, mówiąc inaczej Kluby połączyły się w 1947r. I to bardziej oficjalna data powstania Klubu Śląsk. A że oba były rodzaju męskiego, więc ich związek był pewnie trzymany w tajemnicy, na tyle dużej, że do dnia dzisiejszego fani Śląska nie znają precyzyjnej daty /dnia/ połączenia się "Podchorążaka" i 'Pioniera".
Początkowo grali pod szyldem "Legia Wrocław", by w 1957r. ogłosić zmianę nazwy na obowiązującą do dnia dzisiejszego.
Już zamierzałem pisać o prababkach i pradziadkach z drzewa genealogicznego Śląska, ale nie zdążę się z tym uporać, gdyż na płycie stadionu
Unii pojawiają się pierwsze Jaskółki.
Unia zagrała w składzie: Sienkiewicz, Tyliszczak, Mazurek,Kuciewicz, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel i Spodzieja.
Od początku spotkania oba zespoły darzyły się szacunkiem i respektem i w przypadku Unii było to w pełni zrozumiałe. to. Jako pierwsi ze stanu onieśmielenia wyrwali się Uniści. Nie mieli zresztą wyjścia, jako że byli pchani do przodu przez dopingujących ich kibiców, w liczbie 6 tysięcy. Do przodu pchał ich także mocny wiatr, który był naszym sprzymierzeńcem w pierwszej połowie.
Jego siłę próbował już na początku meczu wykorzystać Nowak, który przymierzył z odległości ok. 30 m, ale piłkę poniosło tuż nad
poprzeczką.
W ogóle Unia miała jakby tendencję wzrostową w tym meczu, z tym że nie tyczyła ona formy, ale tego, jak wysoko podnoszono piłkę przy podaniach. Jaskółki grały dużo półwysokimi, a nawet wysokimi podaniami, co przy wspomnianym wietrze rozsądnym pomysłem nie było.
Tak na marginesie: kiedyś fan zespołu z tarnowskich Plant zapytał mnie, ile wynosi "półwysokie podanie" w przypadku Unii, a ile Tovii. Według moich pomiarów na Unii wynosiło ono 55,3 cm, a na Tovii 2 metry i 59 cm.
Forma rywali nie pozwalała Jaskółkom na pełne rozwinięcie skrzydeł, Na domiar tego gra była forsowana głównie środkiem boiska.
W akcjach Unii brakowało elementu zaskoczenia, więc i siarczystych sytuacji podbramkowych nie było za wiele. W wielu fazach gry Jaskółki pamiętając z kim mają do czynienia, grały asekuracyjnie. Kibice jednak nie narzekali, Jaskółki kontrolowały bowiem sytuację na boisku i miały optyczną przewagę.
Z ciekawszych sytuacji mam odnotowane podanie Kotwy w uliczkę /czyżby się w tym specjalizował ?/, mocny wiatr nadał piłce przyspieszenie i
Witek do niej nie zdążył, ale jak spod ziemi wyrósł Rusinek, dopadł piłki, zakręcił obroną w polu karnym, mocno uderzył, ale bramkarz, bodajże Życiński, przeniósł piłkę ponad poprzeczką.
Ładną główką popisał się Guzy, ale i tym razem bramkarz Śląska był na posterunku, od razu było widać, że wywodził się z wojskowego
klubu.
Także płaski strzał Kotwy nie wyrządził Śląskowi krzywdy, piłka przeszła minimalnie obok słupka. Śląsk takich okazji nie miał i odnosiło się wrażenie, że czeka na zmianę stron boiska i wsparcie wiatru.
Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 0:0, co w pojedynku z liderem tabeli i głównym faworytem do awansu do ekstraklasy wszystkich obecnych satysfakcjonowało - cdn.
1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
UNIA - ŚLĄSK WROCŁAW - I POŁOWA
Unia przy Śląsku mogła się poczuć niczym staruszka przy młodzieńcu. Początki Śląska sięgały bowiem zaledwie lat 40. ubiegłego wieku. Ale goście mogli już u zarania swojego istnienia pochwalić się kibicami w Przemyślu, Krakowie i w Riazaniu /obecnie Rosja, wówczas Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich/. To bowiem z Przemyśla w 1946r. przeniesiono do Wrocławia Oficerską Szkołę Saperów. Przy niej funkcjonował Klub "Pionier" /niektóre źródła "Saper"/. Z kolei z Krakowa do Wrocławia przeniesiono również Szkołę Oficerską, tyle że Piechoty. Jeszcze za czasów krakowskich przy Szkole działał Klub Sportowy "Podchorążak". A skąd Riazań ?. Otóż "Podchorążak" powstał podczas II wojny światowej w Riazaniu przy tworzącej się na tamtym terenie Szkole Piechoty. Tradycje tego Klubu kontynuowano w Krakowie.
Już w 1946r. Pionier brał udział w rozgrywkach B - klasy i co poniektórzy tę datę przyjmują za prapoczątek Śląska. Dalsze losy przywołanych klubów były do przewidzenia; "Podchorążak" i ' Pionier /'"Saper"/ mieli się ku sobie, zapałali wzajemną miłością i doszło do zaślubin, mówiąc inaczej Kluby połączyły się w 1947r. I to bardziej oficjalna data powstania Klubu Śląsk. A że oba były rodzaju męskiego, więc ich związek był pewnie trzymany w tajemnicy, na tyle dużej, że do dnia dzisiejszego fani Śląska nie znają precyzyjnej daty /dnia/ połączenia się "Podchorążaka" i 'Pioniera".
Początkowo grali pod szyldem "Legia Wrocław", by w 1957r. ogłosić zmianę nazwy na obowiązującą do dnia dzisiejszego.
Już zamierzałem pisać o prababkach i pradziadkach z drzewa genealogicznego Śląska, ale nie zdążę się z tym uporać, gdyż na płycie stadionu
Unii pojawiają się pierwsze Jaskółki.
Unia zagrała w składzie: Sienkiewicz, Tyliszczak, Mazurek,Kuciewicz, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel i Spodzieja.
Od początku spotkania oba zespoły darzyły się szacunkiem i respektem i w przypadku Unii było to w pełni zrozumiałe. to. Jako pierwsi ze stanu onieśmielenia wyrwali się Uniści. Nie mieli zresztą wyjścia, jako że byli pchani do przodu przez dopingujących ich kibiców, w liczbie 6 tysięcy. Do przodu pchał ich także mocny wiatr, który był naszym sprzymierzeńcem w pierwszej połowie.
Jego siłę próbował już na początku meczu wykorzystać Nowak, który przymierzył z odległości ok. 30 m, ale piłkę poniosło tuż nad
poprzeczką.
W ogóle Unia miała jakby tendencję wzrostową w tym meczu, z tym że nie tyczyła ona formy, ale tego, jak wysoko podnoszono piłkę przy podaniach. Jaskółki grały dużo półwysokimi, a nawet wysokimi podaniami, co przy wspomnianym wietrze rozsądnym pomysłem nie było.
Tak na marginesie: kiedyś fan zespołu z tarnowskich Plant zapytał mnie, ile wynosi "półwysokie podanie" w przypadku Unii, a ile Tovii. Według moich pomiarów na Unii wynosiło ono 55,3 cm, a na Tovii 2 metry i 59 cm.
Forma rywali nie pozwalała Jaskółkom na pełne rozwinięcie skrzydeł, Na domiar tego gra była forsowana głównie środkiem boiska.
W akcjach Unii brakowało elementu zaskoczenia, więc i siarczystych sytuacji podbramkowych nie było za wiele. W wielu fazach gry Jaskółki pamiętając z kim mają do czynienia, grały asekuracyjnie. Kibice jednak nie narzekali, Jaskółki kontrolowały bowiem sytuację na boisku i miały optyczną przewagę.
Z ciekawszych sytuacji mam odnotowane podanie Kotwy w uliczkę /czyżby się w tym specjalizował ?/, mocny wiatr nadał piłce przyspieszenie i
Witek do niej nie zdążył, ale jak spod ziemi wyrósł Rusinek, dopadł piłki, zakręcił obroną w polu karnym, mocno uderzył, ale bramkarz, bodajże Życiński, przeniósł piłkę ponad poprzeczką.
Ładną główką popisał się Guzy, ale i tym razem bramkarz Śląska był na posterunku, od razu było widać, że wywodził się z wojskowego
klubu.
Także płaski strzał Kotwy nie wyrządził Śląskowi krzywdy, piłka przeszła minimalnie obok słupka. Śląsk takich okazji nie miał i odnosiło się wrażenie, że czeka na zmianę stron boiska i wsparcie wiatru.
Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 0:0, co w pojedynku z liderem tabeli i głównym faworytem do awansu do ekstraklasy wszystkich obecnych satysfakcjonowało - cdn.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1305
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII, WIDZIANA OCZAMI JzK - część 184.
1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
UNIA - ŚLĄSK WROCŁAW - II POŁOWA
Na początku drugiej połowy obraz gry nie uległ jakiejś diametralnej zmianie. Tak naprawdę Śląsk po raz pierwszy pokazał się jako groźny i godny
miana lidera zespół dopiero w 58 minucie meczu.
Kapitalnym strzałem z linii pola karnego popisał się Czok. Wspierający teraz gości wiatr nadał piłce jeszcze większą moc, lecz na nasze
szczęście nie nadał strzałowi wystarczającej precyzji. Piłka odbiła się "od skraja" poprzeczki, blisko jej wewnętrznej części i
wyszła w pole.
Sędzia nie dopatrzył się gola i pewnie go nie było, chociaż milimetry zadecydowały o utrzymaniu wyniku remisowego.
Kontra Unii była natychmiastowa !. Szybka akcja, piłka błyskawicznie, zaledwie dwoma - trzema podaniami, została przerzucona na
przedpole gości i niespodziewanie zakotłowało się pod bramką Śląska !, Chyba Guzy idealnie obsłużył Rusinka, ten miał przed sobą już tylko
bramkarza i bez chwili zwłoki, wewnętrznym podbiciem, posłał piłkę obok niego do siatki !.
1:0 dla Unii !!! - to była recepta na Śląsk, szkoda, że trener Jaskółek nie wypisał w tym dniu większej ilości takich recept na rywala.
Sędzia odgwizdał gola i w tym momencie zaczęło się kotłować z kolei przy linii autowej, na wysokości bramki Śląska. Złośliwi twierdzili,
że dopiero wtedy dotarł tam spóźniony sędzia liniowy, który nagle postanowił przypomnieć o swoim istnieniu. Zaczął rozpaczliwie machać
chorągiewką i przywoływać głównego arbitra.
Tylko ogrodzenie i opanowanie kibiców Unii sprawiło, że na jego wyciągniętej ręce nie zawisło z tuzin fanów Jaskółek, którzy najchętniej oblepili by w tym momencie chorągiewkę sędziego, by tylko ściągnąć ją w dół.
Sędzia najwyraźniej nie przejawiał dobrych zamiarów wobec piłkarzy Unii. Burzliwa konsultacja sędziego głównego z bocznym, zakończyła się anulowaniem poprzednio podjętej decyzji o uznaniu gola !!!.
Sędzia nie wskazał już na środek boiska, lecz przyznał Śląskowi rzut wolny - Rusinek zdaniem bocznego był na spalonym.
Jest nadal 0:0 !!!.
Wielka szkoda, bo wielka sensacja wisiała w powietrzu, a Unia jak najbardziej z przebiegu gry zasłużyła przynajmniej
na tak skromne prowadzenie !.
Czy był spalony ?. Już wtedy byłem takim fanem Unii, że oczywiście uważałem, iż zawodnicy Jaskółek nigdy nie bywają na spalonych, ale
poważnie rzecz ujmując, po meczu przeważały głosy, że jeżeli był spalony to minimalny.
Śląsk, który nie wykazał na boisku przepaści, jaka miała dzielić lidera od zespołu z niższych miejsc, zaczął grać po tej sytuacji
ostro, a chwilami wręcz brutalnie. Ofiarą poczynań gości padł między innymi wyróżniający się Kotwa, który nabawił się drobnego urazu.
Jednak na końcówkę meczu więcej sił zachował lider, ale nasza obrona spisywała się bez zarzutu, a jej filarami w tym dniu byli zwłaszcza Sienkiewicz, tradycyjnie Mazurek i Kuciewicz.
Spotkanie zakończyło się remisem 0:0. O dziwo piłkarze z Wrocławia nie wyglądali na załamanych. Kibice Unii też nie mogli narzekać - przed meczem taki wynik z będącym na fali rywalem, przyjęliby z pocałowaniem ręki !!!.
Po meczu w domowym zaciszu Pana Janka zaczęła się inwentaryzacja. Nie ukrywam, że moje zainteresowanie spisem rzeczy wzrastało z każdą minutą.
Ze spisu wynikało bowiem, że motocykl Pana Janka, w razie czego, miał przypaść właśnie mnie po osiągnięciu pełnoletności !!!. Obraz z jeleniami na rykowisku i makatki z pięknymi, ręcznymi dzierganiami w stylu "Dobra gospodyni aż w kuchni dymi" oraz "Najlepsza warza, co w gębę parza", miały
pójść do chrzestnej Pana Janka - Barbary. Dla młodego pokolenia dodam, ze warza to była kielecka naleciałość, a oznaczała po prostu strawę. Co to była strawa, tłumaczyć już nie będę. Tak samo zaniecham tłumaczeń w odniesieniu do słowa "makatka".
W każdym razie spisywanie rzeczy, które mogły pozostać po Panu Janku, oznaczać mogło tylko jedno: w następnej kolejce jechaliśmy do Lipin !.
A ponieważ ciąg dalszy nastąpi, logicznym jest, że kibice Unii wyjazd do Naprzodu tym razem przeżyli ...
1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
UNIA - ŚLĄSK WROCŁAW - II POŁOWA
Na początku drugiej połowy obraz gry nie uległ jakiejś diametralnej zmianie. Tak naprawdę Śląsk po raz pierwszy pokazał się jako groźny i godny
miana lidera zespół dopiero w 58 minucie meczu.
Kapitalnym strzałem z linii pola karnego popisał się Czok. Wspierający teraz gości wiatr nadał piłce jeszcze większą moc, lecz na nasze
szczęście nie nadał strzałowi wystarczającej precyzji. Piłka odbiła się "od skraja" poprzeczki, blisko jej wewnętrznej części i
wyszła w pole.
Sędzia nie dopatrzył się gola i pewnie go nie było, chociaż milimetry zadecydowały o utrzymaniu wyniku remisowego.
Kontra Unii była natychmiastowa !. Szybka akcja, piłka błyskawicznie, zaledwie dwoma - trzema podaniami, została przerzucona na
przedpole gości i niespodziewanie zakotłowało się pod bramką Śląska !, Chyba Guzy idealnie obsłużył Rusinka, ten miał przed sobą już tylko
bramkarza i bez chwili zwłoki, wewnętrznym podbiciem, posłał piłkę obok niego do siatki !.
1:0 dla Unii !!! - to była recepta na Śląsk, szkoda, że trener Jaskółek nie wypisał w tym dniu większej ilości takich recept na rywala.
Sędzia odgwizdał gola i w tym momencie zaczęło się kotłować z kolei przy linii autowej, na wysokości bramki Śląska. Złośliwi twierdzili,
że dopiero wtedy dotarł tam spóźniony sędzia liniowy, który nagle postanowił przypomnieć o swoim istnieniu. Zaczął rozpaczliwie machać
chorągiewką i przywoływać głównego arbitra.
Tylko ogrodzenie i opanowanie kibiców Unii sprawiło, że na jego wyciągniętej ręce nie zawisło z tuzin fanów Jaskółek, którzy najchętniej oblepili by w tym momencie chorągiewkę sędziego, by tylko ściągnąć ją w dół.
Sędzia najwyraźniej nie przejawiał dobrych zamiarów wobec piłkarzy Unii. Burzliwa konsultacja sędziego głównego z bocznym, zakończyła się anulowaniem poprzednio podjętej decyzji o uznaniu gola !!!.
Sędzia nie wskazał już na środek boiska, lecz przyznał Śląskowi rzut wolny - Rusinek zdaniem bocznego był na spalonym.
Jest nadal 0:0 !!!.
Wielka szkoda, bo wielka sensacja wisiała w powietrzu, a Unia jak najbardziej z przebiegu gry zasłużyła przynajmniej
na tak skromne prowadzenie !.
Czy był spalony ?. Już wtedy byłem takim fanem Unii, że oczywiście uważałem, iż zawodnicy Jaskółek nigdy nie bywają na spalonych, ale
poważnie rzecz ujmując, po meczu przeważały głosy, że jeżeli był spalony to minimalny.
Śląsk, który nie wykazał na boisku przepaści, jaka miała dzielić lidera od zespołu z niższych miejsc, zaczął grać po tej sytuacji
ostro, a chwilami wręcz brutalnie. Ofiarą poczynań gości padł między innymi wyróżniający się Kotwa, który nabawił się drobnego urazu.
Jednak na końcówkę meczu więcej sił zachował lider, ale nasza obrona spisywała się bez zarzutu, a jej filarami w tym dniu byli zwłaszcza Sienkiewicz, tradycyjnie Mazurek i Kuciewicz.
Spotkanie zakończyło się remisem 0:0. O dziwo piłkarze z Wrocławia nie wyglądali na załamanych. Kibice Unii też nie mogli narzekać - przed meczem taki wynik z będącym na fali rywalem, przyjęliby z pocałowaniem ręki !!!.
Po meczu w domowym zaciszu Pana Janka zaczęła się inwentaryzacja. Nie ukrywam, że moje zainteresowanie spisem rzeczy wzrastało z każdą minutą.
Ze spisu wynikało bowiem, że motocykl Pana Janka, w razie czego, miał przypaść właśnie mnie po osiągnięciu pełnoletności !!!. Obraz z jeleniami na rykowisku i makatki z pięknymi, ręcznymi dzierganiami w stylu "Dobra gospodyni aż w kuchni dymi" oraz "Najlepsza warza, co w gębę parza", miały
pójść do chrzestnej Pana Janka - Barbary. Dla młodego pokolenia dodam, ze warza to była kielecka naleciałość, a oznaczała po prostu strawę. Co to była strawa, tłumaczyć już nie będę. Tak samo zaniecham tłumaczeń w odniesieniu do słowa "makatka".
W każdym razie spisywanie rzeczy, które mogły pozostać po Panu Janku, oznaczać mogło tylko jedno: w następnej kolejce jechaliśmy do Lipin !.
A ponieważ ciąg dalszy nastąpi, logicznym jest, że kibice Unii wyjazd do Naprzodu tym razem przeżyli ...
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1305
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII, WIDZIANA OCZAMI JzK - część 185.
1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
POZOSTAŁE WYNIKI i TABELA PO 7 KOLEJKACH.
WYNIKI 7 KOLEJKI:
To była kolejka, w której gospodarze w większości nie mieli powodów do satysfakcji. Jedynie Arce udało się na własnym stadionie wygrać z Lublinianką 3:2, a Pogoni z Calisią 3:1.
Spotkania: Stal Rzeszów z mocną Arkonią Szczecin i Garbarni z najbliższym rywalem Unii, czyli Naprzodem Lipiny zakończyły się bezbramkowymi remisami, a pojedynek Unii Racibórz ze stołeczną Gwardią także remisem, ale 2:2.
W pozostałych meczach tryumfowali goście: Wawel w Poznaniu z Olimpią 4:2, Krosno powróciło na drogę zwycięstw wygrywając w Warszawie z Polonią 1:0, a z kolei Bałtyk przywiózł z Gliwic 2 punkty po wygranej z Piastem w identycznym stosunku 1:0.
TABELA PO 7 KOLEJKACH:
Ponieważ Arkonia nie wykorzystała potknięcia Śląska Wrocław w Tarnowie, na czele tabeli widniały nadal dwa zespoły, które konsekwentnie gonił zespół z Krosna. Unia chwilowo mogła odetchnąć, ale wyjazd do Lipin zapowiadał trudne momenty.
1 - 2/ Arkonia i Śląsk - po 12 pkt;
3/ Krosno - 11 pkt;
4 - 5/ Gwardia i Naprzód - 9 pkt;
6 - 7/ Pogoń i Unia Racibórz - po 8 pkt;
8 - 11/ UNIA TARNÓW, Wawel, Bałtyk i Arka - po 7 pkt;
12 - 13/ Calisia i Stal Rzeszów - po 6 pkt;
14 - 15/ Garbarnia i Lublinianka - po 5 pkt;
16/ Polonia Warszawa - 3 pkt;
17 - 18/ Piast i Olimpia - po 2 pkt.
1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
POZOSTAŁE WYNIKI i TABELA PO 7 KOLEJKACH.
WYNIKI 7 KOLEJKI:
To była kolejka, w której gospodarze w większości nie mieli powodów do satysfakcji. Jedynie Arce udało się na własnym stadionie wygrać z Lublinianką 3:2, a Pogoni z Calisią 3:1.
Spotkania: Stal Rzeszów z mocną Arkonią Szczecin i Garbarni z najbliższym rywalem Unii, czyli Naprzodem Lipiny zakończyły się bezbramkowymi remisami, a pojedynek Unii Racibórz ze stołeczną Gwardią także remisem, ale 2:2.
W pozostałych meczach tryumfowali goście: Wawel w Poznaniu z Olimpią 4:2, Krosno powróciło na drogę zwycięstw wygrywając w Warszawie z Polonią 1:0, a z kolei Bałtyk przywiózł z Gliwic 2 punkty po wygranej z Piastem w identycznym stosunku 1:0.
TABELA PO 7 KOLEJKACH:
Ponieważ Arkonia nie wykorzystała potknięcia Śląska Wrocław w Tarnowie, na czele tabeli widniały nadal dwa zespoły, które konsekwentnie gonił zespół z Krosna. Unia chwilowo mogła odetchnąć, ale wyjazd do Lipin zapowiadał trudne momenty.
1 - 2/ Arkonia i Śląsk - po 12 pkt;
3/ Krosno - 11 pkt;
4 - 5/ Gwardia i Naprzód - 9 pkt;
6 - 7/ Pogoń i Unia Racibórz - po 8 pkt;
8 - 11/ UNIA TARNÓW, Wawel, Bałtyk i Arka - po 7 pkt;
12 - 13/ Calisia i Stal Rzeszów - po 6 pkt;
14 - 15/ Garbarnia i Lublinianka - po 5 pkt;
16/ Polonia Warszawa - 3 pkt;
17 - 18/ Piast i Olimpia - po 2 pkt.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1305
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII, WIDZIANA OCZAMI JzK - część 186.
1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
MECZ TOWARZYSKI: REPREZENTACJA TARNOWA - REPREZENTACJA NOWEGO SĄCZA.
Przed meczem z Naprzodem, z okazji Święta 1 maja, doszło do towarzyskiego meczu reprezentacji Tarnowa i Nowego Sącza. Tarnów reprezentowali głównie zawodnicy Unii Tarnów, a z drugiej strony zobaczyliśmy A - klasowy Dunajec.
II - ligowcy - o czym już wielokrotnie pisałem, do kolejnych rywali w meczach towarzyskich, choćby najsłabszych, zawsze podchodzili poważnie i
profesjonalnie. Nie inaczej było i tym razem. Unia pokazała, czym się różni II liga od klas niższych.
Końcowy wynik, aż 8:0 /4:0/ mówi wszystko i o przebiegu spotkania i o podejściu piłkarzy Unii do ich sportowych obowiązków i do własnych
kibiców.
1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
MECZ TOWARZYSKI: REPREZENTACJA TARNOWA - REPREZENTACJA NOWEGO SĄCZA.
Przed meczem z Naprzodem, z okazji Święta 1 maja, doszło do towarzyskiego meczu reprezentacji Tarnowa i Nowego Sącza. Tarnów reprezentowali głównie zawodnicy Unii Tarnów, a z drugiej strony zobaczyliśmy A - klasowy Dunajec.
II - ligowcy - o czym już wielokrotnie pisałem, do kolejnych rywali w meczach towarzyskich, choćby najsłabszych, zawsze podchodzili poważnie i
profesjonalnie. Nie inaczej było i tym razem. Unia pokazała, czym się różni II liga od klas niższych.
Końcowy wynik, aż 8:0 /4:0/ mówi wszystko i o przebiegu spotkania i o podejściu piłkarzy Unii do ich sportowych obowiązków i do własnych
kibiców.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1305
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII, WIDZIANA OCZAMI JzK - część 187.
1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
MECZ TOWARZYSKI JUNIORÓW UNIA - TARNOVIA.
O to, żeby majowe święto było prawdziwym świętem musieli jeszcze zadbać juniorzy Jaskółek w meczu z sąsiadem zza miedzy. Mam tu na
myśli sąsiedztwo w sensie terytorialnym, a nie w poziomie prezentowanym
przez oba kluby. Unia pokazała, że wszystko jest na swoim miejscu i
wygrała z juniorką Tovii 5:0 /3:0/.
Teraz można już było pójść ze spokojną głową na kiermasze
książkowe i festyny, czy też liczne wówczas inne imprezy.
1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
MECZ TOWARZYSKI JUNIORÓW UNIA - TARNOVIA.
O to, żeby majowe święto było prawdziwym świętem musieli jeszcze zadbać juniorzy Jaskółek w meczu z sąsiadem zza miedzy. Mam tu na
myśli sąsiedztwo w sensie terytorialnym, a nie w poziomie prezentowanym
przez oba kluby. Unia pokazała, że wszystko jest na swoim miejscu i
wygrała z juniorką Tovii 5:0 /3:0/.
Teraz można już było pójść ze spokojną głową na kiermasze
książkowe i festyny, czy też liczne wówczas inne imprezy.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1305
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII, WIDZIANA OCZAMI JzK - część 188.
1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
SEZON 1961; II LIGA, 8 KOLEJKA.
NAPRZÓD LIPINY - UNIA TARNÓW.
Do Lipin jechali straceńcy i desperaci. Albo ci, których "starszyzna" zabrała do wrót piekieł na "otrzęsiny". Należałem do tej drugiej grupy, nie do końca świadom sytuacji.
A tu zaskoczenie. Na trybunach Wersal i kultura. W powietrzu latały tylko jakieś butelki, a wyszczerbiona szklanka przeleciała na murawę.
Nad głowami nie fruwały żadne większe gabaryty, czyli mówiąc inaczej, nie latali ani sędziowie, ani kibice drużyny przyjezdnej, ani nie fruwały wersalki i tym podobne latające statki powietrzne.
Jednym słowem: nuda.
Kilkakrotnie sprawdzaliśmy, czy jesteśmy na właściwym stadionie, ale pomyłki nie było - to był stadion Naprzodu Lipiny !.
Unia zagrała w składzie: Sienkiewicz, Tyliszczak, Mazurek, Kuciewicz, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel i Spodzieja.
W składzie gospodarzy też duże nazwiska, jak choćby Józefa Kasprzyka - najlepszego strzelca II ligii w poprzednim /1960r./ sezonie !. Był też
Antoni Piechniczek, którego najlepsze lata, w tym w roli utytułowanego Trenera Reprezentacji Polski /3 miejsce na Mistrzostwach Świata w Hiszpanii w 1982r. i 1/8 finału MŚ w Meksyku w 1986r./, miały dopiero nadejść.
W dniu meczu z Unią liczył on sobie zaledwie 19 lat i dopiero zdobywał piłkarskie doświadczenia. Także gra w solidnych Lipinach na pewno mu
pomogła w jego karierze. Już wkrótce miał przywdziać koszulkę Legii Warszawa, a później Ruchu Chorzów. Oczywiście nie
wypada nie wspomnieć, że trzykrotnie przywdział też /w latach 1967 - 1969/ koszulkę reprezentanta Polski.
Na boisku w Lipinach wywiązała się wyrównana walka. Szybko jednak okazało się, że siła rażenia Jaskółek w tym dniu jest dosyć
wątła. Napastnicy grali zbyt miękko, dosyć szybko odpuszczali tradycyjnie zdecydowanie interweniującym obrońcom, oddawali zbyt mało strzałów. Na tym mizernym tle pozytywnie wyróżniał się jedynie Spodzieja, który raz po raz przynajmniej starał się przebić przez obronę Naprzodu.
Symptomatyczne, że najbardziej niebezpieczne strzały oddane w kierunku bramki Andrzeja Szczęsnego, nie były strzałami
nominalnych napastników. Posłał je dwukrotnie Nowak, ale bez bramkowego sukcesu. Szczęsny ani raz nie dał się
oszukać naszemu zawodnikowi i utrzymywał czyste konto. To był dobry bramkarz, powoływano Go do reprezentacji Śląska U - 23. Zagrał m.in. 1 maja 1961r. na słynnym Stadionie Śląskim w Chorzowie w meczu przeciwko Reprezentacji Polski U - 19. Mecz z młodzieżowcami Śląska wygrała kadra juniorów Polski, ale to nie dziwi. Już wtedy brylowali w niej świetni piłkarze, którzy później podbijali stadiony świata, jak chociażby Zygfryd Szołtysik, Jan Banaś, czy Jerzy Musiałek.
Z drugiej strony murawy napastnicy z Lipin natrafiali z kolei na dobrze dysponowanego Mazurka, który nie po raz pierwszy wyróżniał się swoją
postawą.
Do 30 minuty meczu wszystko wskazywało na to, że może on zakończyć się wynikiem remisowym. W tej minucie pechowej kontuzji doznaje Piechniczek. Gdyby Jaskółki przewidziały, co nastąpi później, zapewne zrobiłyby wszystko, by Piechniczka przywrócić do pełnej sprawności, ot choćby cucąc go, a nawet podtrzymując przez kolejne 60 minut pod ręce.
Niestety Piechniczek nie był zdolny do gry.
Zastąpił Go doświadczony Spyra i od razu stał się on motorem i inicjatorem wielu akcji gospodarzy. Wyraźnie ożywił grę Naprzodu i nadał jej jakby lepszego poloru i polotu.
W 44 minucie to chyba właśnie Spyra wypatrzył w gąszczu nóg znajome mu nogi, do których posłał piłkę. Nie wiem po czym poznał te nogi, bo
zamieszanie i ścisk były niemiłosierne, ale fakt pozostaje faktem: nogi okazały się przynależeć do super - strzelca Kasprzyka, a że napastnik miejscowych był niedaleko naszej bramki zdecydował się na strzał.
Kasprzyk nic nie stracił na wartości w porównaniu z poprzednim sezonem i umieścił piłkę w naszej bramce !!!. Dostaliśmy gola do
"szatni" i po 45 minutach Naprzód prowadził z Unią 1:0 !!!.
1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
SEZON 1961; II LIGA, 8 KOLEJKA.
NAPRZÓD LIPINY - UNIA TARNÓW.
Do Lipin jechali straceńcy i desperaci. Albo ci, których "starszyzna" zabrała do wrót piekieł na "otrzęsiny". Należałem do tej drugiej grupy, nie do końca świadom sytuacji.
A tu zaskoczenie. Na trybunach Wersal i kultura. W powietrzu latały tylko jakieś butelki, a wyszczerbiona szklanka przeleciała na murawę.
Nad głowami nie fruwały żadne większe gabaryty, czyli mówiąc inaczej, nie latali ani sędziowie, ani kibice drużyny przyjezdnej, ani nie fruwały wersalki i tym podobne latające statki powietrzne.
Jednym słowem: nuda.
Kilkakrotnie sprawdzaliśmy, czy jesteśmy na właściwym stadionie, ale pomyłki nie było - to był stadion Naprzodu Lipiny !.
Unia zagrała w składzie: Sienkiewicz, Tyliszczak, Mazurek, Kuciewicz, Guzy, Nowak, Witek, Kotwa, Rusinek, Dubiel i Spodzieja.
W składzie gospodarzy też duże nazwiska, jak choćby Józefa Kasprzyka - najlepszego strzelca II ligii w poprzednim /1960r./ sezonie !. Był też
Antoni Piechniczek, którego najlepsze lata, w tym w roli utytułowanego Trenera Reprezentacji Polski /3 miejsce na Mistrzostwach Świata w Hiszpanii w 1982r. i 1/8 finału MŚ w Meksyku w 1986r./, miały dopiero nadejść.
W dniu meczu z Unią liczył on sobie zaledwie 19 lat i dopiero zdobywał piłkarskie doświadczenia. Także gra w solidnych Lipinach na pewno mu
pomogła w jego karierze. Już wkrótce miał przywdziać koszulkę Legii Warszawa, a później Ruchu Chorzów. Oczywiście nie
wypada nie wspomnieć, że trzykrotnie przywdział też /w latach 1967 - 1969/ koszulkę reprezentanta Polski.
Na boisku w Lipinach wywiązała się wyrównana walka. Szybko jednak okazało się, że siła rażenia Jaskółek w tym dniu jest dosyć
wątła. Napastnicy grali zbyt miękko, dosyć szybko odpuszczali tradycyjnie zdecydowanie interweniującym obrońcom, oddawali zbyt mało strzałów. Na tym mizernym tle pozytywnie wyróżniał się jedynie Spodzieja, który raz po raz przynajmniej starał się przebić przez obronę Naprzodu.
Symptomatyczne, że najbardziej niebezpieczne strzały oddane w kierunku bramki Andrzeja Szczęsnego, nie były strzałami
nominalnych napastników. Posłał je dwukrotnie Nowak, ale bez bramkowego sukcesu. Szczęsny ani raz nie dał się
oszukać naszemu zawodnikowi i utrzymywał czyste konto. To był dobry bramkarz, powoływano Go do reprezentacji Śląska U - 23. Zagrał m.in. 1 maja 1961r. na słynnym Stadionie Śląskim w Chorzowie w meczu przeciwko Reprezentacji Polski U - 19. Mecz z młodzieżowcami Śląska wygrała kadra juniorów Polski, ale to nie dziwi. Już wtedy brylowali w niej świetni piłkarze, którzy później podbijali stadiony świata, jak chociażby Zygfryd Szołtysik, Jan Banaś, czy Jerzy Musiałek.
Z drugiej strony murawy napastnicy z Lipin natrafiali z kolei na dobrze dysponowanego Mazurka, który nie po raz pierwszy wyróżniał się swoją
postawą.
Do 30 minuty meczu wszystko wskazywało na to, że może on zakończyć się wynikiem remisowym. W tej minucie pechowej kontuzji doznaje Piechniczek. Gdyby Jaskółki przewidziały, co nastąpi później, zapewne zrobiłyby wszystko, by Piechniczka przywrócić do pełnej sprawności, ot choćby cucąc go, a nawet podtrzymując przez kolejne 60 minut pod ręce.
Niestety Piechniczek nie był zdolny do gry.
Zastąpił Go doświadczony Spyra i od razu stał się on motorem i inicjatorem wielu akcji gospodarzy. Wyraźnie ożywił grę Naprzodu i nadał jej jakby lepszego poloru i polotu.
W 44 minucie to chyba właśnie Spyra wypatrzył w gąszczu nóg znajome mu nogi, do których posłał piłkę. Nie wiem po czym poznał te nogi, bo
zamieszanie i ścisk były niemiłosierne, ale fakt pozostaje faktem: nogi okazały się przynależeć do super - strzelca Kasprzyka, a że napastnik miejscowych był niedaleko naszej bramki zdecydował się na strzał.
Kasprzyk nic nie stracił na wartości w porównaniu z poprzednim sezonem i umieścił piłkę w naszej bramce !!!. Dostaliśmy gola do
"szatni" i po 45 minutach Naprzód prowadził z Unią 1:0 !!!.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1305
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII, WIDZIANA OCZAMI JzK - część 189.
SEZON: 1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
8 KOLEJKA - NAPRZÓD LIPINY - UNIA TARNÓW /II połowa/.
Po przerwie Lipiny w jakiś szczególny sposób nie bombardowały bramki Sienkiewicza, ale wystarczyły dwa poważniejsze zamieszania pod naszą
"świątynią", by zamienić te sytuacje na kolejne dwa gole dla gospodarzy !!!.
Największą przytomnością umysłu wykazał się w tych sytuacjach Władysław Gzel i to on w 78 i 88 minucie przypieczętował zwycięstwo swojej drużyny !. Gzel to był kolejny talenciak Naprzodu. Występował w jego barwach krótko, bo w 1960 i 1961r. To jednak wystarczyło, by Unia i jej kibice go zapamiętali. Już wtedy zauważono Jego umiejętności, był powoływany do Kadry Polski U - 23. Potem była gra na najwyższym szczeblu w pierwszoligowej Arkonii Szczecin, ale skrzydła rozwinął w Zagłębiu Sosnowiec w latach 1965 - 1972, również pierwsza liga. Zaliczył 2 występy w Reprezentacji Polski seniorów. Naprzód wygrał z Unią 3:0, ale jak wskazywałem, to nie była drużyna kelnerów.
Któryś ze skrupulatnych dziennikarzy wyliczył, że Naprzód oddał w tym meczu 5 groźnych strzałów i przyniosły one 3 gole. Unia odpowiedziała
zbliżoną liczbą dobrych uderzeń, ale gola nie zdobyła !!!.
Do Tarnowa wracaliśmy ze znękanymi duszami, a i ciałami. Pan Janek pozostawił przez nieuwagę powierzony jego pieczy chlebaczek z kanapkami
na koronie stadionu, więc w drodze powrotnej za jedyną strawę wystarczyć nam musiało powolne przeżuwanie trzech straconych goli.
Na kolejne wyjazdowe spotkanie do Szczecina zabraliśmy na wszelki wypadek już 2 chlebaczki. Co z tego !. Na stadionie Arkonii okazało się, że w wyniku nieporozumienia w chlebaczkach znalazły się nie kanapki, ale nieprzydatne na wyjeździe szpargały.
SEZON: 1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
8 KOLEJKA - NAPRZÓD LIPINY - UNIA TARNÓW /II połowa/.
Po przerwie Lipiny w jakiś szczególny sposób nie bombardowały bramki Sienkiewicza, ale wystarczyły dwa poważniejsze zamieszania pod naszą
"świątynią", by zamienić te sytuacje na kolejne dwa gole dla gospodarzy !!!.
Największą przytomnością umysłu wykazał się w tych sytuacjach Władysław Gzel i to on w 78 i 88 minucie przypieczętował zwycięstwo swojej drużyny !. Gzel to był kolejny talenciak Naprzodu. Występował w jego barwach krótko, bo w 1960 i 1961r. To jednak wystarczyło, by Unia i jej kibice go zapamiętali. Już wtedy zauważono Jego umiejętności, był powoływany do Kadry Polski U - 23. Potem była gra na najwyższym szczeblu w pierwszoligowej Arkonii Szczecin, ale skrzydła rozwinął w Zagłębiu Sosnowiec w latach 1965 - 1972, również pierwsza liga. Zaliczył 2 występy w Reprezentacji Polski seniorów. Naprzód wygrał z Unią 3:0, ale jak wskazywałem, to nie była drużyna kelnerów.
Któryś ze skrupulatnych dziennikarzy wyliczył, że Naprzód oddał w tym meczu 5 groźnych strzałów i przyniosły one 3 gole. Unia odpowiedziała
zbliżoną liczbą dobrych uderzeń, ale gola nie zdobyła !!!.
Do Tarnowa wracaliśmy ze znękanymi duszami, a i ciałami. Pan Janek pozostawił przez nieuwagę powierzony jego pieczy chlebaczek z kanapkami
na koronie stadionu, więc w drodze powrotnej za jedyną strawę wystarczyć nam musiało powolne przeżuwanie trzech straconych goli.
Na kolejne wyjazdowe spotkanie do Szczecina zabraliśmy na wszelki wypadek już 2 chlebaczki. Co z tego !. Na stadionie Arkonii okazało się, że w wyniku nieporozumienia w chlebaczkach znalazły się nie kanapki, ale nieprzydatne na wyjeździe szpargały.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1305
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII, WIDZIANA OCZAMI JzK - część 190.
SEZON: 1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
WYNIKI PO 8 KOLEJCE i TABELA:
W tej kolejce odnotowano super sensację: Garbarnia pokonała Arkonię Szczecin !. Ale drogą walkoweru zwycięstwo 3:0 przyznano Arkonii !. Z tą decyzją było sporo zamieszania. Ogłoszono ją bowiem dopiero po upływie około jednego miesiąca od zakończenia spotkania. W 9 kolejce nieświadoma utraty punktów Garbarnia znowu swoją postawą na murawie zadziwiła wszystkich obserwatorów rozgrywek. Tym razem na własnym boisku wygrała z kolejnym pretendentem do ścisłej czołówki warszawską Gwardią !. Jednak nabierającą niesamowitego rozpędu drużynę 'Brązowych' ponownie zastopował kolejny walkower !. Dzięki niemu Gwardia wygrała 3:0. I tak oto zespół, który dość nieoczekiwanie piął się w górę tabeli, nagle ku powszechnemu zaskoczeniu znalazł się wśród outsiderów !. Ponieważ okoliczności, które sprawiły, że Garbarnia potraciła punkty i zmysły były wręcz nie z tej ziemi, poświęcę im uwagę w kolejnym wpisie.
W tej kolejce odnotowano również popisy strzeleckie. Gwardia Warszawa wygrała ze Stalą Rzeszów /u siebie/, a Arka Gdynia z Olimpią Poznań /wyjazd/ w identycznych stosunkach 6:2.
Na uwagę zasługiwała także sensacyjna wygrana - i to w jakich rozmiarach - Wawelu nad Śląskiem Wrocław /3:0/.
Poza tym padły następujące rozstrzygnięcia: Calisia - Piast 2:0, Lublinianka - Polonia Warszawa 0:1, Krosno - Pogoń Szczecin 0:1, Bałtyk
Gdynia - Unia Racibórz 1:0.
TABELA - 8 KOLEJKA /UWZGLĘDNIAJĄCA WALKOWER W MECZU ARKONIA -
GARBARNIA/:
1/ ARKONIA - 14 pkt;
2/Śląsk - 12 pkt;
3 -4- 5/ Krosno, Gwardia i Naprzód po 11 pkt;
6/ Pogoń - 10 pkt;
7 - 8- 9/ Wawel, Bałtyk, Arka - po 9 pkt;
10 - 11/ Calisia i Unia Racibórz - po 8 pkt;
12/ UNIA TARNÓW - 7 pkt;
13/ Stal Rzeszów - 6 pkt;
14 - 15 - 16/ Garbarnia, Lublinianka i Polonia - po 5 pkt;
17-18/ Piast i Olimpia - po 2 pkt.
SEZON: 1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
WYNIKI PO 8 KOLEJCE i TABELA:
W tej kolejce odnotowano super sensację: Garbarnia pokonała Arkonię Szczecin !. Ale drogą walkoweru zwycięstwo 3:0 przyznano Arkonii !. Z tą decyzją było sporo zamieszania. Ogłoszono ją bowiem dopiero po upływie około jednego miesiąca od zakończenia spotkania. W 9 kolejce nieświadoma utraty punktów Garbarnia znowu swoją postawą na murawie zadziwiła wszystkich obserwatorów rozgrywek. Tym razem na własnym boisku wygrała z kolejnym pretendentem do ścisłej czołówki warszawską Gwardią !. Jednak nabierającą niesamowitego rozpędu drużynę 'Brązowych' ponownie zastopował kolejny walkower !. Dzięki niemu Gwardia wygrała 3:0. I tak oto zespół, który dość nieoczekiwanie piął się w górę tabeli, nagle ku powszechnemu zaskoczeniu znalazł się wśród outsiderów !. Ponieważ okoliczności, które sprawiły, że Garbarnia potraciła punkty i zmysły były wręcz nie z tej ziemi, poświęcę im uwagę w kolejnym wpisie.
W tej kolejce odnotowano również popisy strzeleckie. Gwardia Warszawa wygrała ze Stalą Rzeszów /u siebie/, a Arka Gdynia z Olimpią Poznań /wyjazd/ w identycznych stosunkach 6:2.
Na uwagę zasługiwała także sensacyjna wygrana - i to w jakich rozmiarach - Wawelu nad Śląskiem Wrocław /3:0/.
Poza tym padły następujące rozstrzygnięcia: Calisia - Piast 2:0, Lublinianka - Polonia Warszawa 0:1, Krosno - Pogoń Szczecin 0:1, Bałtyk
Gdynia - Unia Racibórz 1:0.
TABELA - 8 KOLEJKA /UWZGLĘDNIAJĄCA WALKOWER W MECZU ARKONIA -
GARBARNIA/:
1/ ARKONIA - 14 pkt;
2/Śląsk - 12 pkt;
3 -4- 5/ Krosno, Gwardia i Naprzód po 11 pkt;
6/ Pogoń - 10 pkt;
7 - 8- 9/ Wawel, Bałtyk, Arka - po 9 pkt;
10 - 11/ Calisia i Unia Racibórz - po 8 pkt;
12/ UNIA TARNÓW - 7 pkt;
13/ Stal Rzeszów - 6 pkt;
14 - 15 - 16/ Garbarnia, Lublinianka i Polonia - po 5 pkt;
17-18/ Piast i Olimpia - po 2 pkt.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1305
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII, WIDZIANA OCZAMI JzK - część 191.
SEZON: 1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
WALKOWERY GARBARNI
Oczywiście miały one wpływ także na losy Unii w rozgrywkach 1961r., więc zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią omówię je szerzej. Po ogłoszeniu werdyktu przez PZPN, w Garbarni zapewne wprowadzono obowiązkowe lekcje języka niemieckiego dla piłkarzy, trenera i działaczy.
Powodem wpadki Garbarnii była bowiem ... nieznajomość tego języka
Oto bowiem, wykorzystując przerwę w rozgrywkach, Garbarnia zamiast jak inne porządne kluby, np. łoić skórę Tarnovii, zapragnęła wojaży po
Niemieckiej Republice Demokratycznej. I tam spotkała się z SC Fortschritt Wei&enfels.
Mecz z Niemcami przebiegał, jak to mecz z Niemcami - było twardo i ostro.
Pomeczowa wersja Garbarnii: w pewnym momencie spotkania dochodzi do męskiego starcia Browarskiego /to ten od rzutu karnego "na raty"/ z zawodnikiem gospodarzy. Obaj zwijają się z bólu na murawie. Sędzia pochyla się nad graczami i z ojcowską troską coś mówi do naszego piłkarza. Arbiter jest jakiś niekumaty, bo mówi do Polaka po niemiecku. Browarski leży i jęczy /jak najbardziej po polsku/, bo starcie z rywalem dało mu się mocno we znaki. Nie może wstać o własnych siłach. Widząc to sędzia gwałtownymi ruchami rąk pokazuje, by biednego Browarskiego znieść z boiska. Machanie przynosi skutek. Browarski opuszcza boisko, drużyna z Krakowa jest wdzięczna sędziemu za wykazaną troskę i opiekuńczość.
Był kiedyś taki film Akira Kurosawy pod tytułem "Rashomon". Mord, gwałt, widziane oczami kilku osób, świadków zdarzenia. Ich relacje tak różnią się
od siebie, że w końcu nie wiadomo kto kogo zgwałcił, czy trup żyje, czy jest w zaświatach i jak to w ogóle przebiegało. Film powstał w 1950r. i dzisiaj nie mam wątpliwości, że i "Brązowi" i ich rywale z Fortschritt, byli fanami tego filmu.
Oto bowiem wersja strony niemieckiej:
Mecz z polską drużyną, jak to mecz z polską drużyną: było twardo i
ostro. W pewnym momencie spotkania dochodzi do męskiego starcia naszego Helmuta z niejakim Browarskim /to taki facet, co lubi wykonywać rzuty karne "na raty" zwłaszcza, gdy gra przeciwko Unii Tarnów/. Nasz Helmut i ten od karnych zwijają się z bólu na murawie. Sędzia pochyla się nad graczami i spokojnym, ojcowskim głosem informuje polskiego gracza w międzynarodowym, niemieckim języku, żeby był uprzejmy i opuścił na
zawsze boisko, ponieważ sfaulował rywala i zostaje wykluczony z dalszej gry. Następnie sędzia wyraźnie macha rękoma przed nosem tego od
karnych, żeby się pospieszył, sprawnie boisko opuścił i nie blokował gry.
Browarski nie zgadzał się z decyzją arbitra, nie był chętny do opuszczenia murawy, więc pomogli mu w tym działacze Garbarni i jego koledzy, pomagając tym samym sędziemu w wyegzekwowaniu jego decyzji.
Ze sportowymi pozdrowieniami dla działaczy i kolegów Browarskiego - podpisano: Niemiecki Związek Piłki Nożnej.
Oczywiście pisma strony niemieckiej nie widziałem, ale myślę, że taka była jego treść, gdyż obie wersje: polską i niemiecką bez szczegółów przedstawiły polskie publikatory.
Sprawa była poważna, bo usunięty z boiska Browarski nie mógł zgodnie z naszymi przepisami wystąpić w kolejnych meczach polskiej ligi.
PZPN nie dał wiary twierdzeniom Garbarni, iż zachowanie sędziego można było interpretować na nasz sposób. PZPN nie przyjął też do wiadomości linii obrony Garbarni, że sędzia popełnił kardynalny błąd, nie informując o swoim stanowisku kapitana zespołu. Tak więc walkowery spadły nie z nieba, ale jakby bardziej od strony przepisów i PZPN.
Bidula Garbarnia, która nie wiedziała, że w sparingu wykluczono jej gracza i że nie mógł on bronić jej barw w kolejnych meczach, znalazła się w tabeli nieoczekiwanie za "Jaskółkami" !. Wniosek dla zawodników: uczcie się języków, co najmniej w takim samym stopniu, jak przyswajacie sobie piłkarskie rzemiosło.
SEZON: 1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
WALKOWERY GARBARNI
Oczywiście miały one wpływ także na losy Unii w rozgrywkach 1961r., więc zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią omówię je szerzej. Po ogłoszeniu werdyktu przez PZPN, w Garbarni zapewne wprowadzono obowiązkowe lekcje języka niemieckiego dla piłkarzy, trenera i działaczy.
Powodem wpadki Garbarnii była bowiem ... nieznajomość tego języka
Oto bowiem, wykorzystując przerwę w rozgrywkach, Garbarnia zamiast jak inne porządne kluby, np. łoić skórę Tarnovii, zapragnęła wojaży po
Niemieckiej Republice Demokratycznej. I tam spotkała się z SC Fortschritt Wei&enfels.
Mecz z Niemcami przebiegał, jak to mecz z Niemcami - było twardo i ostro.
Pomeczowa wersja Garbarnii: w pewnym momencie spotkania dochodzi do męskiego starcia Browarskiego /to ten od rzutu karnego "na raty"/ z zawodnikiem gospodarzy. Obaj zwijają się z bólu na murawie. Sędzia pochyla się nad graczami i z ojcowską troską coś mówi do naszego piłkarza. Arbiter jest jakiś niekumaty, bo mówi do Polaka po niemiecku. Browarski leży i jęczy /jak najbardziej po polsku/, bo starcie z rywalem dało mu się mocno we znaki. Nie może wstać o własnych siłach. Widząc to sędzia gwałtownymi ruchami rąk pokazuje, by biednego Browarskiego znieść z boiska. Machanie przynosi skutek. Browarski opuszcza boisko, drużyna z Krakowa jest wdzięczna sędziemu za wykazaną troskę i opiekuńczość.
Był kiedyś taki film Akira Kurosawy pod tytułem "Rashomon". Mord, gwałt, widziane oczami kilku osób, świadków zdarzenia. Ich relacje tak różnią się
od siebie, że w końcu nie wiadomo kto kogo zgwałcił, czy trup żyje, czy jest w zaświatach i jak to w ogóle przebiegało. Film powstał w 1950r. i dzisiaj nie mam wątpliwości, że i "Brązowi" i ich rywale z Fortschritt, byli fanami tego filmu.
Oto bowiem wersja strony niemieckiej:
Mecz z polską drużyną, jak to mecz z polską drużyną: było twardo i
ostro. W pewnym momencie spotkania dochodzi do męskiego starcia naszego Helmuta z niejakim Browarskim /to taki facet, co lubi wykonywać rzuty karne "na raty" zwłaszcza, gdy gra przeciwko Unii Tarnów/. Nasz Helmut i ten od karnych zwijają się z bólu na murawie. Sędzia pochyla się nad graczami i spokojnym, ojcowskim głosem informuje polskiego gracza w międzynarodowym, niemieckim języku, żeby był uprzejmy i opuścił na
zawsze boisko, ponieważ sfaulował rywala i zostaje wykluczony z dalszej gry. Następnie sędzia wyraźnie macha rękoma przed nosem tego od
karnych, żeby się pospieszył, sprawnie boisko opuścił i nie blokował gry.
Browarski nie zgadzał się z decyzją arbitra, nie był chętny do opuszczenia murawy, więc pomogli mu w tym działacze Garbarni i jego koledzy, pomagając tym samym sędziemu w wyegzekwowaniu jego decyzji.
Ze sportowymi pozdrowieniami dla działaczy i kolegów Browarskiego - podpisano: Niemiecki Związek Piłki Nożnej.
Oczywiście pisma strony niemieckiej nie widziałem, ale myślę, że taka była jego treść, gdyż obie wersje: polską i niemiecką bez szczegółów przedstawiły polskie publikatory.
Sprawa była poważna, bo usunięty z boiska Browarski nie mógł zgodnie z naszymi przepisami wystąpić w kolejnych meczach polskiej ligi.
PZPN nie dał wiary twierdzeniom Garbarni, iż zachowanie sędziego można było interpretować na nasz sposób. PZPN nie przyjął też do wiadomości linii obrony Garbarni, że sędzia popełnił kardynalny błąd, nie informując o swoim stanowisku kapitana zespołu. Tak więc walkowery spadły nie z nieba, ale jakby bardziej od strony przepisów i PZPN.
Bidula Garbarnia, która nie wiedziała, że w sparingu wykluczono jej gracza i że nie mógł on bronić jej barw w kolejnych meczach, znalazła się w tabeli nieoczekiwanie za "Jaskółkami" !. Wniosek dla zawodników: uczcie się języków, co najmniej w takim samym stopniu, jak przyswajacie sobie piłkarskie rzemiosło.
-
Jaskółka z KRK
- Posty: 1305
- Rejestracja: 10 wrz 2016, 8:41
Re: HISTORIA PIŁKARZY W SUBIEKTYWNYM UJĘCIU JzK
HISTORIA PIŁKARZY UNII, WIDZIANA OCZAMI JzK - część 192.
SEZON: 1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
9 kolejka: ARKONIA SZCZECIN - UNIA TARNÓW
Promenadujemy po tym Szczecinie, wielgachne miasto, Wały Chrobrego, aleje. Przy jednej z nich wiele lat później będę jadł pyszne krokieciki z
barszczykiem - cymes.
W okolicach stadionu widzimy nagle kilkunastu wysportowanych facetów w czepkach na głowach, slipkach /na swoim miejscu, nie na głowach/, mokrzy, jakby wyszli spod wodospadu. Rozprawiają /nieco lekceważąco/ o Unii,
najwyraźniej idą na mecz. Co kraj, to obyczaj. Widać na Arkonii tak mają ...No to nie ma rady. Łubu - dubu, kupujemy po czepku i slipkach,
włazimy pod hydrant z wodą i mokrusieńcy wkraczamy dumnie na stadion, na trybuny. A co, niech i w szczecińskiej metropolii zobaczą, że w
małym Tarnowie wiedzą, jak wielki świat wygląda na meczach i że na prowincji też nadążają za sportową modą.
A tu sensacja. Wokół wszyscy poubierani, ani jednego w czepku, nie licząc nas, a wszyscy suchusieńcy, jakby dopiero co wyszli spod
suszary !.
Sprawa okazała sie prosta, albo trafiliśmy na zwolenników kąpieli na Świteziance /późniejsza nazwa kąpieliska to Arkonka/, albo byli to waterpoliści, bo potem, w połowie lat 60 - tych Arkonia przodowała w piłce wodnej, albo byli to inni kibice z Tarnowa. Lub zjawy - rzecz normalna po długiej podróży.
A tak na serio - rzeczywiście widzieliśmy Szczecinian w czepkach pływackich, faktycznie też weszliśmy na stadion przemoczeni do suchej nitki. A wszystko zaczęło się od tego, że nie natrafiliśmy po drodze na saturator. Dla młodszego pokolenia małe wyjaśnienie: to były takie wózki z aparaturą wytwarzającą wodę sodową, niekiedy dolewano do niej syrop. Wodę zwano żartobliwie 'grużliczanką", gdyż klienci pili ją ze szklanek używanych uprzednio przez innych spragnionych klientów, na dodatek niedokładnie mytych. Skoro nie było saturatora, to Pan Janek wziął się za bary z przydrożnym hydrantem, ale nie zapanował nad wyciekiem wody. Woda poszła, jak z siklawicy, stałem obok i efekt był łatwy do przewidzenia. Hydrantu chyba do dzisiaj nie zamknęli.
Na stadionie mrowie ludzi, podobno 15 tysięcy widzów !. Wszyscy pewni wysokiej wygranej.
Unia wielkich szans na dobry wynik nie miała, na domiar złego w składzie nie było Kotwy, był co prawda Gosek, ale szybko okazało się, że jesteśmy
nastawieni wybitnie defensywnie.
W przodzie operuje maksymalnie ze dwóch naszych zawodników, reszta stara się ograniczać akcje rywali.
Arkonia uzyskuje stałą przewagę w polu i w zasadzie to pod jej dyktando przebiega cały mecz.
Nie znamy zawodników gospodarzy, ale praszczur odnotował akcje:
- skrzydłowego Ciechanowskiego, który po ładnym dryblingu ostro
strzelił nieomal z linii końcowej boiska, ale dobrze ustawiony
Sienkiewicz pewnie wyłapał piłkę;
- ponownie Ciechanowskiego, który po rajdzie skrzydłem niebezpiecznie
zacentrował, ale piłka przeszła wzdłuż naszej bramki, pomiędzy
graczami obu drużyn i nikt nie zmienił jej lotu;
- groźny strzał napastnika Lecha Pudłowskiego z dystansu, który znowu pewnie wybronił
Sienkiewicz;
- wreszcie sytuację spod naszej bramki, kiedy to zawodnik gospodarzy nie
trafił do siatki, mając odsłoniętą całą bramkę !.
Unia próbowała odgryzać się liderowi, ale w tym dniu nie miała naostrzonych ząbków i Arkonii nie nadgryzła. Za mało było nas w ataku,
dobrze u gospodarzy grał w obronie Więcław, więc i efektów bramkowych nie było.
Strzał Spodziei w środek bramki, uderzenie Rusinka, po ładnym dryblingu, pewnie wybronione przez bramkarza, czy techniczny strzał
Dubiela, po którym bramkarz wybił piłkę na rzut rożny, to było za mało, by zmienić obraz gry. Generalnie atak Unii
zawodził.
Tymczasem z drugiej strony, zachwyt miejscowych kibiców swoim zespołem, z minuty na minutę gasł. Gdzie te zapowiadane przed meczem bramki ?!.
Mijały minuty, a fotel lidera jakby wymykał się z winy Jaskółek !. Grająca ładnie w polu Arkonia, zawodziła przed naszą bramką !. I to
się już nie zmieniło do końca spotkania !!!.
Unia odniosła bezsprzecznie sukces na boisku zespołu zmierzającego do ekstraklasy, remisując 0:0 !. Kolejny lider, kolejny dobrze ułożony
zespół przekonał się, jaki potencjał drzemie w drużynie z Tarnowa.
Czasem 1 punkt przynosi więcej radości, aniżeli cała zdobycz. I tak było po meczu z mocną w 1961 r. Arkonią Szczecin !!!.
Cdn. za kilka dni, wcześniej muszę wyschnąć.
SEZON: 1961 rok - TRZECIA W HISTORII KLUBU II LIGA.
9 kolejka: ARKONIA SZCZECIN - UNIA TARNÓW
Promenadujemy po tym Szczecinie, wielgachne miasto, Wały Chrobrego, aleje. Przy jednej z nich wiele lat później będę jadł pyszne krokieciki z
barszczykiem - cymes.
W okolicach stadionu widzimy nagle kilkunastu wysportowanych facetów w czepkach na głowach, slipkach /na swoim miejscu, nie na głowach/, mokrzy, jakby wyszli spod wodospadu. Rozprawiają /nieco lekceważąco/ o Unii,
najwyraźniej idą na mecz. Co kraj, to obyczaj. Widać na Arkonii tak mają ...No to nie ma rady. Łubu - dubu, kupujemy po czepku i slipkach,
włazimy pod hydrant z wodą i mokrusieńcy wkraczamy dumnie na stadion, na trybuny. A co, niech i w szczecińskiej metropolii zobaczą, że w
małym Tarnowie wiedzą, jak wielki świat wygląda na meczach i że na prowincji też nadążają za sportową modą.
A tu sensacja. Wokół wszyscy poubierani, ani jednego w czepku, nie licząc nas, a wszyscy suchusieńcy, jakby dopiero co wyszli spod
suszary !.
Sprawa okazała sie prosta, albo trafiliśmy na zwolenników kąpieli na Świteziance /późniejsza nazwa kąpieliska to Arkonka/, albo byli to waterpoliści, bo potem, w połowie lat 60 - tych Arkonia przodowała w piłce wodnej, albo byli to inni kibice z Tarnowa. Lub zjawy - rzecz normalna po długiej podróży.
A tak na serio - rzeczywiście widzieliśmy Szczecinian w czepkach pływackich, faktycznie też weszliśmy na stadion przemoczeni do suchej nitki. A wszystko zaczęło się od tego, że nie natrafiliśmy po drodze na saturator. Dla młodszego pokolenia małe wyjaśnienie: to były takie wózki z aparaturą wytwarzającą wodę sodową, niekiedy dolewano do niej syrop. Wodę zwano żartobliwie 'grużliczanką", gdyż klienci pili ją ze szklanek używanych uprzednio przez innych spragnionych klientów, na dodatek niedokładnie mytych. Skoro nie było saturatora, to Pan Janek wziął się za bary z przydrożnym hydrantem, ale nie zapanował nad wyciekiem wody. Woda poszła, jak z siklawicy, stałem obok i efekt był łatwy do przewidzenia. Hydrantu chyba do dzisiaj nie zamknęli.
Na stadionie mrowie ludzi, podobno 15 tysięcy widzów !. Wszyscy pewni wysokiej wygranej.
Unia wielkich szans na dobry wynik nie miała, na domiar złego w składzie nie było Kotwy, był co prawda Gosek, ale szybko okazało się, że jesteśmy
nastawieni wybitnie defensywnie.
W przodzie operuje maksymalnie ze dwóch naszych zawodników, reszta stara się ograniczać akcje rywali.
Arkonia uzyskuje stałą przewagę w polu i w zasadzie to pod jej dyktando przebiega cały mecz.
Nie znamy zawodników gospodarzy, ale praszczur odnotował akcje:
- skrzydłowego Ciechanowskiego, który po ładnym dryblingu ostro
strzelił nieomal z linii końcowej boiska, ale dobrze ustawiony
Sienkiewicz pewnie wyłapał piłkę;
- ponownie Ciechanowskiego, który po rajdzie skrzydłem niebezpiecznie
zacentrował, ale piłka przeszła wzdłuż naszej bramki, pomiędzy
graczami obu drużyn i nikt nie zmienił jej lotu;
- groźny strzał napastnika Lecha Pudłowskiego z dystansu, który znowu pewnie wybronił
Sienkiewicz;
- wreszcie sytuację spod naszej bramki, kiedy to zawodnik gospodarzy nie
trafił do siatki, mając odsłoniętą całą bramkę !.
Unia próbowała odgryzać się liderowi, ale w tym dniu nie miała naostrzonych ząbków i Arkonii nie nadgryzła. Za mało było nas w ataku,
dobrze u gospodarzy grał w obronie Więcław, więc i efektów bramkowych nie było.
Strzał Spodziei w środek bramki, uderzenie Rusinka, po ładnym dryblingu, pewnie wybronione przez bramkarza, czy techniczny strzał
Dubiela, po którym bramkarz wybił piłkę na rzut rożny, to było za mało, by zmienić obraz gry. Generalnie atak Unii
zawodził.
Tymczasem z drugiej strony, zachwyt miejscowych kibiców swoim zespołem, z minuty na minutę gasł. Gdzie te zapowiadane przed meczem bramki ?!.
Mijały minuty, a fotel lidera jakby wymykał się z winy Jaskółek !. Grająca ładnie w polu Arkonia, zawodziła przed naszą bramką !. I to
się już nie zmieniło do końca spotkania !!!.
Unia odniosła bezsprzecznie sukces na boisku zespołu zmierzającego do ekstraklasy, remisując 0:0 !. Kolejny lider, kolejny dobrze ułożony
zespół przekonał się, jaki potencjał drzemie w drużynie z Tarnowa.
Czasem 1 punkt przynosi więcej radości, aniżeli cała zdobycz. I tak było po meczu z mocną w 1961 r. Arkonią Szczecin !!!.
Cdn. za kilka dni, wcześniej muszę wyschnąć.
